Kolejarze
Rozdział II
Przez małe, brudne, cuchnące podwórze, w którego głębi stała murowana oficyna, przeszła ostrożnie Trawecka i poczęła iść wąskiemi, lepkiemi od brudu i błota schodami na trzecie piętro. W klatce schodowej unosiły się zapachy kuchenne, przysmażonych tłuszczów, zatęchłych pomyj, wyrzuconych kości, gdyż drzwi tak z jednej, jak i z drugiej strony prowadziły do kuchen poszczególnych mieszkań.
Im szła wyżej, tem silniejszy stawał się zaduch i nieprzyzwyczajonych mógł przyprawić o mdłości, ale Janina zajmowała to mieszkanie na trzeciem piętrze od roku i miała czas zobojętnieć na te brudy i wyziewy. Na trzeciem piętrze skręciła na lewo i weszła do małej kuchenki, narazie pustej. Z następnego pokoju, na odgłos otwieranych drzwi, zawołano głośnym, bezdźwięcznym głosem:
- Kto tam? Czy to Janinka?
Zamiast odpowiedzi, weszła do pokoju, oświetlonego dwoma oknami, i składając kapelusz na łóżku, powiedziała tonem niecierpliwym:
- Głodna jestem... może mama mi da...
Matka, kobieta niemłoda, z twarzą prostacką, do której przylgnął wyraz chytrości, spojrzała na córkę niechętnie zblakłemi, jasnemi oczami, leniwie poruszyła się na krześle i nie przestając szyć, powiedziała oschle:
- Twój obiad w kuchni... weź sobie.
Janina spojrzała na matkę i tonem łagodnym spytała:
- Czy mama się gniewa?... Może nowy jaki kłopot?
- 0, tych mi nigdy nie braknie - uśmiechnęła się gorzko. - Jasiek gdzieś zgubił czy sprzedał książkę szkolną. Mańka rozdarła świeżo przerobioną spódniczkę a Klarci odpadła podeszew. Czy to mało - narzekała - a ty matko gotuj, pierz, prasuj, rób za wszystkich.
- A ja czy nie pracuję? - powiedziała z żalem.
- Ty? - obrzuciła ją niechętnem spojrzeniem - co tobie za bieda? Wystroisz się i do biura, wielka mi robota - zaśmiała się drwiąco - ale stań ty przy kuchni, przy balji, susz sobie głowę, jak nastarczyć wszystkiemu... to robota.
- Oddaję przecież wszystko.
- Co mi będziesz oczy wykłuwała, że oddajesz - obruszyła się - czy ty prosiłaś, chodziłaś, kłaniałaś się o to miejsce? I jeszcze mi wypomina!
- Ależ nie wypominam, mamo... - mówiła - ciszej... bo posłyszy - wskazywała oczyma na dalsze drzwi.
- Cóż to znowu? Czy nie jestem u siebie? - podniosła głos - nauki będziesz mi dawała! Patrzcie ją!... Idź jeść... Coś zanadto zależy ci na nim, ale ja na to nie pozwolę - zamruczała trochę ciszej.
Nic nie mówiąc, poszła Janina do kuchni i usiadłszy na tapczanie, na którym sypiał jej brat, postawiła na stole garnuszek z postną kartoflanką. Zjadła trochę, ale zupa mdła, zimna, nie smakowała jej. W małym rondelku były kluski, zeschnięte, ledwie letnie, spróbowała i odstawiła mimo głodu. Posprzątawszy, wzięła z półki chleb i ukroiwszy kawałek jadła ze smakiem.
- Janinko! a nie mówiono co w biurze o awansie?....
- Opowiadano, że jedzie inspektor Lerche na linję - zbliżyła się do matki.
- O, to człowiek nieużyty... znam go z czasów nieboszczyka...
- Czy może mogę pomóc mamie?
- Z ciebie, Janko, dobre dziecko - rozczuliła się - i gdybyś ty matki słuchała we wszystkiem, byłoby inaczej - westchnęła - weź spódniczkę Mani, poceruj... tylko starannie.
Zasiadły obie do roboty, a po chwili odezwała się matka:
- Już dwa lata siedzisz na tych sześćdziesięciu koronach, jak teraz nie podwyższą ci pensji, chyba niema sprawiedliwości na świecie. A ty jak myślisz?
- Nie wiem, mamo... ten Rammer jest zły i niesprawiedliwy.
- Umyślnie dali cię do jego biura, znają go, ale już ja pójdę do niego.
W umyśle Janiny stanął obraz wchodzącej do biura matki, w szeleszczących spódnicach, z twarzą surową... Widziała drwiące uśmiechy Borskiego i Wilmańskiego, słyszała gniewny i opryskliwy głos naczelnika Rammera, który nietylko odprawi matkę z drwinami, ale i na niej wywrze gniew.
- Moja mamo, - prosiła - niech już do Rammera mama nie chodzi. Od niego nic nie zależy, a on taki przykry człowiek... jeszcze powie mamie coś nieprzyjemnego.
- A ja, czy nie mam języka?... Niech sobie gada, byle ci dał podwyżkę, bo już nie poradzę. Tylko oblicz... mamy osiemdziesiąt cztery koron... z tego ty bierzesz sześć, za mieszkanie dwadzieścia dwie, jeśli zapłacą lokatorzy - wskazała na przyległy pokój - zostaje na wyżywienie i ubranie pięciu osób pięćdziesiąt sześć koron... i z czego tu żyć? Poprostu ręce opadają, a zwłaszcza na wiosnę - oczy jej zaszły łzami.
- Eh, mamo, - uśmiechnęła się - to samo mówi mama każdej wiosny i każdej jesieni i jakoś dajemy sobie radę.
- Tak ciężko nigdy nie było - wzdychała.
- I to mama zawsze mówi.
- Głupia jesteś - powiedziała zniecierpliwiona - może i mówiłam, ale zawsze liczyłam na stryja.
- A gdyby do niego się udać?
- Do niego?... Nie, nie można mu się naprzykrzać, bo gotów nas wydziedziczyć, a ma dom, ogród, pole, gospodarstwo.
- Możeby pojechać do niego?
- A za jakie pieniądze? - oburzyła się - a jeśli nic nie da? tylko daremny wydatek... Gdybyś miała rozum, byłoby dziś inaczej - westchnęła i z wyrzutem spojrzała na córkę.
- Lepiej nie mówmy o tem - powiedziała podrażnionym głosem - stary, brzydki... nie chcę go...
- A wolałabyś tego młodego, co groszem nie pachnie, a zawraca ci głowę głupstwami - mówiła z przekąsem.
- Ani jednego, ani drugiego - zawołała zarumieniona - sama pracuję i to mi wystarcza.
- Wystarcza!? - i tłusta jej twarz wyrażała żal i pretensję - przecież widzisz jak pracuję, zamęczam się, tchu mi nie staje, a ty myślisz tylko o sobie... Któż cię wychował, uczył, dał edukację? Kto postarał się o twoją posadę? I teraz słyszę wymówki, że pomagasz biednej matce... - i rozżalona zaczęła płakać.
W umyśle matki odtworzyły się wspomnienia i obrazy maleńkiej, nieporadnej Janinki, trudy i kłopoty z jej odchowaniem i ogarnął ją bezwiedny żal matki, żyjącej z pracy dziecka. Zdawało się jej, że każda wzmianka o pieniądzach, o udzielonej pomocy jest zarazem wymówką. I stąd jej rozdrażnienie, nieuzasadnione żale i pretensje, uważała bowiem Janinę zawsze jako nieletnie, nieporadne dziecko, które we wszystkiem powinno iść za jej radą i wskazówkami. Córka rozgoryczona tonem matki, patrzała chmurna na płaczącą i nie umiała znaleźć słów kojących...
Wtem zapukano ostro do drzwi kuchennych i nie czekając odpowiedzi, wszedł sapiąc głośno, niski, dość otyły mężczyzna i zdejmując zrudziały kapelusz zawołał:
- Moje uszanowanie pani Karolowej - wszedłszy do pokoju - a, i panna Janina przy pracy, jak Bóg przykazał... zawsze śliczności, jak kwiatek - oddychał głęboko, oglądając się za krzesłem.
Matka szybko otarła łzy, mimo swej tuszy zerwała się z krzesła i rozjaśniając twarz miłym uśmiechem, witała przybyłego serdecznie:
- A, pan Łuka! Jakże nam przyjemnie... proszę, siadaj pan - przysunęła mu krzesło.
- Dziękuję... dziękuję - sadowił się na krześle i wyjmując wielką kraciastą chustką, ocierał spoconą, łysawą głowę.
- Gorąco dzisiaj, no i drapałem się na trzecie piętro.
- Zawsze to pięknie ze strony pana Łuki, że nie zapomina o nas - mówiła ze słodkim uśmiechem - jakże zdrowie?
- Dziękuję, trzyma się człowiek... Przechodząc, zaszedłem do was na chwilę - spojrzał na Janinę małemi sprytnemi oczyma.
- To zaszczyt dla nas - pochyliła głowę matka - przy tylu interesach, sprawach...
- Ano, w sklepie zostawiłem Rózię, a sam wracam od rejenta - mówił z odcieniem dumy.
- Od rejenta?! - udała zdziwienie - a cóż pan Łuka tam robił?
- Kupiłem chałupę na Mylnej... - rzekł, czekając wrażenia.
- Chałupę? - zaśmiała się - pewno kamienicę.
- No tak... sześć okien frontowych... dziesięciu lokatorów... i wozownię i ogród.
- To i chwała Bogu - cieszyła się ze źle ukrywaną zazdrością.
- A cóż panna Janina na to? - zwrócił się do dziewczyny milczącej, zajętej szyciem.
- Tem lepiej dla pana i dzieci - odpowiedziała, nie podnosząc oczu.
- Pewno pan się tam przeniesie, bo co własne, to własne - dodała matka.
Odetchnął głęboko, zapalił cygaro, rozsiadł się lepiej i mówił:
- Ja kupiec i porządek u mnie to grunt, otóż kamienicę kupiłem dla siebie nie dla dzieci, one dostaną sklep. Rózia idzie zamąż, to ona się nie liczy - znów umilkł i czekał.
- Rózia! - zawołała Karolowa - kiedy? za kogo?
- Trafił się jej kupiec z Ropczyc, dawny mój uczeń, wdowiec z dwojgiem dzieci, ale porządny człowiek... i w czerwcu ślub.
- Jakiż pan szczęśliwy, żeś zabezpieczył los córki - westchnęła, rzuciwszy okiem na Janinę.
- Ee, niema pani czego się martwić - uśmiechnął się i grubą, spracowaną ręką otarł zaślinione od cygara usta i krótko przycięte wąsy - byłe panna Janina zechciała, a mąż się znajdzie.
W tonie czuć było pewność siebie, bo gdy przez znajomą badał Traweckich, odpowiedziała mu matka w imieniu Janiny, że trudno wydać córkę za człowieka posiadającego w domu dziewczynę starszą od przyszłej żony.
- Ja się też nie martwię - rzekła pośpiesznie - ma chleb w ręku, pozycję... i będzie co Bóg da.
- Ech ciężki to kawałek chleba, bazgrać i słuchać byle kogo... ot, być panią, gospodynią, mieć własną kamienicę, to rozumiem. Czy nie tak, panno Janino?
- Jak dla kogo... mnie wystarcza moja pensja.
- Hm, dziś jest, a jutro niema.... a co pewne, umocowane, to znów co innego.
- Święta prawda - wmieszała się matka - ale i Janinka, jeśli Bóg pozwoli jej doczekać, będzie miała dom i gospodarstwo.
Narazie zrozumiał, że znalazł się bogaty konkurent, nachmurzony więc starał się wybadać.
- Jakim sposobem? - spytał.
- Brat mego nieboszczyka, a rodzony stryj i opiekun Janinki, to bogacz - odpowiedziała zadowolona.
- Coś słyszałem... to ten pod Bochnią?... Żonaty?... Kawaler?...
- Wdowiec.
- Ee, to się jeszcze ożeni - uśmiechnął się.
- Kiedy bo nie, przysiągł nieboszczce i piąty rok we wdowieństwie.
- Ano... tem lepiej. Otóż, wracając do interesu, mój sklep dla dzieci, tak im się należy, bo wspólnie z nieboszczką dorobiliśmy się a kamienica dla mnie i mojej żony, skoro znajdę po swej myśli - a mówiąc to, spojrzał wymownie na Janinę.
- Co słusznie, to słusznie - skinęła głowę - napracował się pan, czas odpocząć.
- Ho, ho, jeszcze czas na odpoczynek - zaśmiał się głośno - siłę mam - podniósł wgórę wielką rękę. - Sklep będę prowadził, a kamienica na stare lata... Cóż u pani słychać?
- Stara bieda... dzieci rosną, to i wydatki rosną... źle wdowie i sierotom - westchnęła.
- Zmieni się to, zmieni - uśmiechnął się - byle pani zięcia z głową dostała... A cóż panna Janina taka milcząca? Czy gniewna o co?
- Ja? na pana? - odrzekła obojętnie.
- Zmartwiona, panie Łuka - pośpieszyła matka z usprawiedliwieniem - bo są niesprawiedliwi dla niej.
- Jakto? - zawołał zaciekawiony.
- Drugi rok siedzi na sześćdziesięciu koronach miesięcznie...
- Ładny grosz... jest na stroje - uśmiechnął się, patrząc na Janinę.
- O, ona nie taka - zawołała matka - wszystko mi oddaje, a tę sukienkę sama sobie uszyła i kapelusz ubrała... ona nie spocznie, dopóki wszystkiego nie obejrzy, nie poprawi... i w kuchni mnie wyręcza.
- Hm... to pani byłoby żal pozbywać się takiego skarbu - uśmiechnął się.
- Jeśliby to było z jej szczęściem, to niech idzie, przecież matką jestem.
- Prawda, prawda, - skinął głową - no, czas na mnie... a pannę Janiną i panią proszę na wesele, zanim Rózia tu przyjdzie - rzekł, wstając z krzesła.
- Bardzo dziękujemy... a kiedyż ślub?
- To już Rózia powie... czy panna Janina będzie? - spytał, stając przed nią.
- Jeśli tylko będę mogła.
- Będzie, napewno będzie - dodała matka - takich zaprosin nie odmawia się.
- I ja tak sądzę - mówił, podając wielką, spracowaną rękę Janinie - niech się pani nie martwi biurem, poradzimy na to.
- Ja się też nie martwię - mruknęła i szybko usunęła rękę z dłoni.
- Hm... harda pani - uśmiechnął się dobrotliwie - to dobrze, lubię takie. To i do widzenia... moje uszanowanie - dodał tonem grzecznego kupca.
Przeprowadzony do schodów przez uprzejmą gospodynię, poszedł. Gdy matka wróciła, zastała Janinę otwierającą gwałtownie okna. Spojrzała się chmurna i dodała złośliwie:
- Jak pan Florjan zaćmi cały pokój, to ci nie szkodzi.
- Bo pali papierosy, nie te wstrętne cygara.
- Jak zechcesz, to go odzwyczaisz od palenia... mądra żona wszystko zrobi z mężem.
- Nie będę żoną ani jego, ani niczyją - rzekła popędliwie - taki obrzydliwy, mokre ma ręce... muszę się umyć.
- No no bez tych fanaberji - zawołała matka surowo - inna, Panu Bogu dziękowałaby na klęczkach, a ona miny stroi.
- A niech idzie do innej.
- Pomyśl tylko... ma sklep spożywczy na Grodzkiej, kamienicę... człowiek stateczny, bogaty, nie żaden pędziwiatr... życie będziesz miała jedwabne, jak pani, jak hrabina.
- Dziękuję - uśmiechnęła się złośliwie - nie chcę być ani panią, ani hrabiną, chcę być sobą, człowiekiem.
- A to co nowego? W głowie ci się przewróciło czy co?... Pan Bóg stworzył cię kobietą, masz być żoną, matką... Alboż nie będziesz sobą, jak wyjdziesz za Łukę...
- Moja mamo, nie mówmy o tem, głowa mnie rozbolała.
-To i nie... czyś ty tylko, broń Boże, nie chora. Tegoby jeszcze brakowało - zbliżyła się do niej ze szczerą troskliwością, i kładąc swą spracowaną rękę na jej czoło - tak... główkę masz gorącą... połóż się.
- To z tego zaduchu... przejdę się, to i minie, a może i mama pójdzie ze mną?
- Gdzie mnie do spacerów... zaraz dzieci wrócą, muszę kolację szykować... idź... może ci ulży.
Wyszła z domu pełna goryczy i upokorzenia. Czuła się bydlęciem wystawionem na sprzedaż, które każdy może targować i wreszcie ustępuje się najwięcej dającemu. Każdy mężczyzna brzydki, wstrętny, schorowany, ma prawo obejrzeć kobietę i licytować się. Kiedyż przyjdzie to równouprawnienie kobiet, o którem tak dużo mówił pan Florjan?
Przecież w biurze ona pracuje pilniej, lepiej i dawniej aniżeli Wilmański, a jednak on pobiera dziewięćdziesiąt koron, a ona sześćdziesiąt. Czy to słusznie? sprawiedliwie? Albo ta Bronka, wstąpiła na kolej o pół roku później, pisze niewyraźnie, rachuje z trudem, często opuszcza biuro, a jednak ma więcej od niej... i pewno dostanie podwyżkę, bo nie wahała się sprzedać protektorowi... Zawsze i wszędzie ten handel kobietami. To wstrętne, oburzające! I ona też należy do tych, które się kupuje.
Oto przychodzi Łuka... pamięta go dawniej, gdy kupowała w jego sklepie. Już wówczas, mimo obecności żony, silił się na głupie dowcipy, koncepty, dawał lepszy towar, sprawiedliwą wagę. I oto przychodzi taki opasły, brudny, zasapany, obejrzał ją jak krowę na jarmarku i targuje. A matka? Ponieważ cierpi niedostatek, zdaje się jej, że pieniądz jest całem szczęściem, i pcha ją w ramiona Łuki. Nie widzi, że on kupuje dla swego tylko użytku jej ciało... I czy tylko jej ciało?... Związana z nim, jego interesami, upodobaniami, otoczeniem, musi i duszę nagiąć do tego jarzma. I zostanie kupcową, panią, kamieniczniczką, kapitalistką i zacznie innych wyzyskiwać.
Ona!... Kapitalistką i wyzyskującą!... uśmiechnęła się... I co powiedziałby na to pan Florjan? Gardziłby nią i słusznie, bo się sprzedała, ale ona nigdy, przenigdy tego nie zrobi. Niech się dzieje co chce, ale nie upadnie tak nisko. Nigdy! - szepnęła przez zaciśnięte zęby - wolę głód, nędzę... Zresztą, prędzej czy później ci kapitaliści i wyzyskiwacze upadną, znikną jak rosa, gdy zejdzie słońce wolności. Wówczas dopiero świat będzie piękny! Ze stosunków ludzkich usuną się pieniądze, nierównomierny podział bogactw, ucisk słabszych przez mocniejszych, wyzysk biednych przez bogatych! Zapanuje prawdziwy raj i spokój na ziemi! Każdy otrzyma według swej pracy, żadnych przywilejów, żadnej nędzy, żadnej obłudy, żadnych krępujących więzów. I wszyscy mają co jeść, w co się ubrać, mogą używać przyjemności i rozkoszy.
Od czasu przeczytania Bebla o kobiecie przyszłości, Kautskiego zasad socjalizmu i licznych broszur, dawanych jej przez lokatora, pana Florjana Wapieńskiego, śniła i marzyła o tym porządku nowym, o tym świecie pełnym harmonji, szczęścia i spokoju. I teraz w tem strapieniu, gdy wspomniała ów świat, który się tworzy w jej oczach i walczy zwycięsko z przestarzałym porządkiem, dziwna otucha w nią wstąpiła. Twarz jej się rozjaśniła, krok stał się, lekkim i elastycznym, oczy zabłysły radością i nadzieją. Dożyć tej chwili szczęścia i umrzeć, unosząc ze sobą pewność zwycięstwa.
Marząc o tej przyszłości, spojrzała w ulicę i ujrzała szereg więźniów, idących pod dozorem z robót do więziennych cel.
Patrzała z oburzeniem, jak różni chłopcy dogadywali idącym, jak publiczność z bezmyślną ciekawością przyglądała się tym "zbrodniarzom".
To są ofiary ustroju kapitalistycznego i własności prywatnej, rozmyślała i nie dość im kary więziennej, ale prowadzą ich we wstrętnej odzieży po ulicach, wystawiając ich pod pręgierz. I co musi się dziać w duszy tych ludzi, gdy widząc obok idących, wystrojonych, wolnych, patrzących na nich ze wstrętem i dumą. Jakie piekło goryczy budzi się w nich i jak niesprawiedliwa dla nich jest ta kara dodatkowa. Lecz w naszym świecie nie będzie ani więźniów, ani tego pręgierza, bo skoro każdy będzie miał co jeść i w co ubrać się, skoro nie będzie pieniędzy i własności prywatnej, wszelkie występki w tym rodzaju ustaną, a więzienia przemienią się na szkoły. Ale kiedy, kiedy nastąpi nowy porządek świata? Pan Florjan powiada, że czas niedaleki, że walka wre wszędzie, że zwycięstwo jest bliskie... Oni walczą, a ona!?
Uśmiechnęła się z goryczą nad swą nieudolnością i biernością. Ona tylko marzy i pragnie i gdyby tak wszyscy robili nigdy nie runąłby stary świat. Trzeba coś działać, przyczynić się do stworzenia szczęścia. Jużci bezczynną nie może być i nie chce. Poradzi się jego, przecież może agitować, organizować, jednoczyć ludzi tych samych przekonań. Dosyć tej zwłoki, tej bezczynności, dosyć przygotowań, teraz czas na czyny.
- Dobry wieczór! - posłyszała znany sobie głos i nagle Wapieński podał jej rękę do uścisku.
- Właśnie o was myślałam - rzekła, spoglądając na wyrazistą, trochę bladą twarz towarzysza, otoczoną małym, ciemnym zarostem.
- Macie do mnie interes? - spytał, idąc obok niej.
- Tak... chciałam waszej rady.
- A wy gdzie idziecie?
- Bez celu... aby się przejść.
- To odprowadźcie mnie... a teraz słucham was, o co idzie?
- Chciałabym w partji coś robić - powiedziała po chwili.
- Wy? - spojrzał badawczo ciemnemi oczami - czujecie się na siłach?
- Tak... i pragnę roboty... chce przyczynić się czemś do zwycięstwa naszej idei. Poradźcie mi, co mam robić?
- Dobrze... wpierw powiedzcie mi, co was skłoniło do tego żądania?
- Co?... Myślałam o tem dawno... a dziś spotkała mnie podwójna krzywda. W biurze postąpiono sobie niesprawiedliwie, a w domu... - szukała wyrazu - w domu sponiewierano mnie jako człowieka.
- I co zrobiliście?
- W urzędzie musiałam milczeć... a w domu...
- Także milczałam - dodał.
- Zrobiłam to dla matki.
- Otóż, mojem zdaniem, jesteście za mało przygotowana i przeświadczona, aby pracować w partji. Wasza osobista krzywda, kropla w morzu cierpień milionów, skłania was do szukania partyjnej pracy. Podnieta ta ustanie, skoro ustanie wasza krzywda... a kto chce być naprawdę socjalistą, ten musi czuć krzywdę całej ludzkości, ten musi ukochać ideę dla idei, zapomnieć o sobie, a żyć tylko dla idei. Rozumiecie, żadnych wahań, kompromisów, wątpliwości.
Słuchała z natężoną uwagą i spytała po chwili:
- Mówicie o ideale... a ja chcę być prostą pracownicą.
- Zanim kogoś będziecie uczyli czytać, musicie wpierw sami się nauczyć. Zaczynajcie od siebie, nie ukrywając waszych przekonań, brońcie ich w razie potrzeby, nie zasłaniajcie się formami burżujskiemi, nie paktujcie z nawyknieniami dawnego porządku, idźcie śmiało naprzód, przebojem. Zrozumieliście?
- Tak... to zasada albo raczej teorja - mówiła z namysłem - a teraz praktyka... Gdybym w biurze powiedziała, że naczelnik postąpił ze mną niesumiennie i niesprawiedliwie, on pójdzie ze skargą do dyrektora i uwolnią mnie na poczekaniu. I z czego będziemy żyli?
- Nie mieszajcie towarzyszko dwóch rzeczy różnych. Sprawa waszych środków do życia, to co innego, a upomnienie się o sprawiedliwość, znów inna rzecz. Jeśli jedna, druga, trzecia... dziesiąta zażądają sprawiedliwości, ten pan powinien i musi stracić posadę... ale ktoś musi zacząć.
- Więc dziesięć istnień skazujecie na nędzę, aby usunąć jednego urzędnika... jeśli w dodatku on straci posadę, bo może za swą surowość zyskać pochwałę. Spójrzcie tylko, taki fabrykant krzywdzi setki lub tysiące i drwi z odejścia robotników, bo znajdą się inni.
- Jeśli mój sposób bezpośredniej obrony wydaje się wam niemożliwy, czy niepraktyczny... więc użyjcie innego... urządźcie zmowę i zastrejkujcie.
- Ale z kim? ale jak? - spytała tonem wątpliwym, bo przed oczami przesunął się jej obraz Borskiego i Wilmańskiego.
- To nie moja rzecz... Przecie nietylko was krzywdzą, nie z wami tylko postępują niesprawiedliwie... poszukajcie współtowarzyszy i wystąpcie jako siła, z którą muszą się liczyć.
- No tak... zapewne - mówiła zamyślona.
- A może chcecie, ażebym poszedł do waszego naczelnika i zwymyślał go... dobrze, pójdę...
- Ależ nie... wam żarty w głowie - mówiła, chmurząc się.
- To nie żarty, chcecie, to pójdę.
- Nie chcę... sama sobie poradzę.
- Wiwat samodzielność! - zaśmiał się - a teraz druga sprawa, domowa, tylko śpieszcie się.
- Nie powiem - odrzekła chmurna.
- Nie, to nie.
Jakiś czas szli w milczeniu, wreszcie zaczęła:
- Jeden burżuj, brzydki, stary, ale bogaty, chce mnie za żonę... dziś przyszedł, mówił o sklepie swoim, o kamienicy...
- A wy? - spytał zaciekawiony.
- Także pytanie - odpowiedziała zniecierpliwiona - matka namawia mnie, a boli mnie i obraża, że on chce mnie kupić.
- Głupstwo! - zaśmiał się. Takiego burżuja za łeb i ze schodów, po co ceregiele?
Wyobraziła sobie Łukę wyrzucanego i tak ją to rozbawiło, że zaśmiała się, mówiąc:
- Radykalny sposób.
- Inaczej z nimi nie można, to gruboskórne bydlęta... A co wy zrobiliście?
- Słuchałam... ze względu na matkę.
- Otóż to, zawsze kompromisy - rzekł drwiąco.
- O, przepraszam was, to nie żadne kompromisy, to obowiązek.
- Jaki? Społeczny czy towarzyski?
- I jeden i drugi. Matka mnie wykarmiła, wychowała i nie mogę jej odrzucać, jak grat niepotrzebny. Mam względem niej obowiązki, jako człowiek i jako córka, i tym pozostanę wierna.
- Więc po co pytacie mnie o radę?
- Macie słuszność - powiedziała przygnębionym głosem.
Odczuł, że zrobił jej przykrość, więc mówił przyjaźniej:
- Takich rzeczy jak miłość, zamążpójście etc. nie bierzcie nigdy tragicznie, to błahostki. Gdy przejmiecie się nawskroś ideą, to wszystko inne będzie dla was głupstwem bez znaczenia.
Milczała przez chwilę, wreszcie spytała z pewną nieśmiałością:
- Czy doszliście już do tego?
- O ile mnie się zdaje, to tak.
- Jacy wy szczęśliwi - westchnęła.
- To szczęście jest dostępne dla każdego - uśmiechnął się zagadkowo - trzeba tylko chcieć... no i doprowadzić.
- Siebie - dorzuciła.
- Tak, siebie, człowieka, a zwierzę w sobie zmusić do milczenia.
- Co nazywacie zwierzęciem w sobie?
- Wszystko, co mi przeszkadza żyć górno i wolno... otóż towarzysze - rzekł, wskazując na grupę kilku osób - bywajcie!

Dodaj komentarz