Kolejarze
Rozdział III
- To jednak jest oburzające - mówiła Trawecka w biurze podczas nieobecności naczelnika - że nas traktują, jak podziennych robotników.
Borski, który przed chwilą narzekał na stronniczość przełożonych, słysząc Trawecką, aż obrócił się ku niej, uśmiechnął się ironicznie i rzekł:
- No, no, i pani ząbków dostaje.
- Byle bez przypadłości dziecinnych - zaśmiał się Wilmański.
- Ta sprawa wcale nie jest śmieszna, panie Wilmański - podjęła Janina - smutna jest, bo my sami nie rozumiemy naszego położenia.
- Jak kto? - odparł podrażnionym głosem - przyjęto mnie, bo musiano, a że płacą licho, nie myślę marnować sił i zdrowia i pracuję stosownie do zapłaty.
- To rzecz inna - mówiła Janina - narazie idzie mi o to, że lada skarga, lada kaprys przełożonego powoduje utratę miejsca, że płacąc marnie, używają nas do załatwiania spraw, które leżą w zakresie specjalnego urzędnika, że zmuszają nas do pracy bez przerwy, bez odpoczynku... a zachoruje kto z nas, odprawiają bez namysłu.
Obydwaj koledzy spoważnieli, słuchając tych słów, wreszcie Borski westchnął i rzekł:
- Pani wylicza drobną cząstkę naszych przykrości... nie spisałby ich na wołowej skórze... Ale po co psuć sobie krew, nic na to nie poradzimy, taki nasz los... a lepszy ten kawałek chleba, aniżeli żaden.
- No, znów tak źle nie jest - uśmiechnął się Wilmański - bo każdy manipulacyjny urzędnik może dojść do czterech tysięcy koron przy...
- Protekcji - przerwał mu Borski z gorzkim uśmiechem - i ile tych miejsc dobrze płatnych? a ilu kandydatów?
- Tę stronniczość, niesprawiedliwość i upokarzające nasze położenie możnaby usunąć i byt nasz poprawić materjalnie i moralnie, gdybyśmy tylko zechcieli.
- Tylko tyle! - śmiał się głośno Wilmański - panie Borski, my już szczęśliwi, bo chcemy.
- Zaczekajże pan - zawołał niecierpliwie Borski - niechże panna Trawecka powie do końca. Zatem od nas zależy... cóż dalej?
Na chwilę panna Janina zawahała się, czuła bowiem, że nie potrafi ani przekonać, ani namówić, wreszcie jednak zdecydowała się spróbować i zaczęła:
- Nasi przełożeni posiadają nad nami władzę, czyli mają siłę za sobą, a będąc pewni, że my słabsi, nie upomnimy się o swoją krzywdę, nadużywają swej władzy. Otóż gdybyśmy się zjednoczyli i sprawa jednego była sprawą wszystkich, przeciwstawilibyśmy ich sile naszą siłę. Musianoby liczyć się z nami i dowolność zapomóg, awansów, urlopów i wydaleń musiałaby ustać.
- Tędy go wiedli - zaśmiał się sucho Borski - pani chce przefrancować socjalizm fabryczny do nas... To bardzo niebezpieczny pomysł... dla pani i radzę szczerze, nie wyrywaj się pani z podobnemi rzeczami. Tu służba państwowa... rozumie pani, u nas nie wolno ani myśleć, ani czuć, ani krytykować, tylko słuchać i robić... My obaj jesteśmy uczciwymi ludźmi i nie chcąc szkodzić pani, nikomu tego nie powtórzymy... ale strzeż się pani przed innymi.
- A wie pani - zaczął z uśmiechem Wilmański - tego po pani nie spodziewałem się, bo że tam hołota, która wszystko ryzykuje, bo nic nie ma, lgnie do socjalizmu, rozumiem, gdyż może się obłowić przy tej sposobności... ale pani, mając pozycję, pensję rządową, wykształcenie, to wprost nie do uwierzenia. Przecież to byłoby głupie i śmieszne, ażebym ja ryzykował swoją pensję dlatego, że jakiegoś tam pisarka oddalono.
Janina, jakkolwiek była przygotowana na niepowodzenie, jednak nie sądziła, że będzie tak bezwzględne, sposępniała więc i postanowiła milczeć. Jednak słowa Wilmańskiego o socjalizmie zbyt ją dotknęły, zaczerwieniona więc odrzekła:
- Jak może pan coś podobnego mówić! Chyba nigdy nie miał pan w ręku książki o socjalizmie.
Spojrzał na nią złemi oczyma i odpowiedział wyniośle:
- I tem się szczycę, że tych szmat socjalistycznych nie dotknęła moja ręka.
Wszedł przełożony i rozmowa się przerwała. Janina siedziała smutna i rozdrażniona, czyniąc sobie gorzkie wymówki, że skompromitowała ideę socjalizmu przez swoją niezręczność i nieumiejętność. Gdyby przynajmniej wywiązała się dyskusja, gdyby przyjęto projekt do rozważenia, ale Borski przestraszył się samej myśli, a ten Wilmański drwił z bezczelnością nieuka. Ach, gdyby do nich przemówił Florjan, ten musiałby ich natchnąć, przekonać.
Po pewnym czasie o tyle się uspokoiła, że usprawiedliwiła swe niepowodzenie. Nie spodziewała się przecież, aby ci dwaj przyłączyli się do opozycji, jeden zgnębiony rodziną i biedą, drugi pewny swego powodzenia dzięki protekcji. Nie udało się z tymi, trzeba innych wyszukać, bo przecież jest niepodobieństwem, ażeby na kilkaset urzędników i podurzędników nie znalazło się kilkudziesięciu rozumiejących, że tylko wspólnemi siłami można coś zdziałać dobrego. Tych kilkudziesięciu pociągną niezdecydowanych i bojaźliwych i utworzy się liga zjednoczonych.
Po usilnych dopytywaniach, dowiedziała się w kilka dni, że urzędnik Stański może i należy do socjalistów, bo dość śmiało wyraża się o naczelnikach i dyrekcji. Postarawszy się więc o poznanie go osobiste, umówiła się z nim o spotkanie się w popołudniowej porze.
- Mówiono mi, że pan należy do socjalistów - powiedziała po przywitaniu, patrząc na jego zmizerowaną twarz.
Spojrzał niespokojnie swemi szaremi oczyma i spytał:
- Czy pani zależy na tem?
- Potrzebuję pomocy pana...
- Otóż z przekonań jestem socjalistą, ale do partji nie należę.
- To już dobrze - uśmiechnęła się - bo i ja jestem socjalistką i szukam współtowarzyszów.
- O cóż idzie? - spytał zaciekawiony.
Przedstawiła mu plan swój zrzeszenia wszystkich pracowników dyrekcji, aby przeszkodzić dowolności i wyzyskowi przełożonych. Słuchał jej z wielkiem zajęciem, a na jego bladawą twarz wystąpił rumieniec, gdy skończyła.
- Naturalnie, zgadzam się z wami i takie zrzeszenie byłoby bardzo pożądane i potrzebne, ale wątpię, czy uda się to tutaj w dyrekcji.
- Nie uda się - zaczęła gorąco - skoro sami nie będziemy mieli wiary. Trzeba chcieć i mieć silną wolę przeprowadzenia raz powziętego planu.
Patrzał na nią z pewnem zdziwieniem i rzekł:
- A wy nie wątpicie w powodzenie?
- Nie zaczyna się roboty od wątpliwości - uśmiechnęła się. - Jeśli uważacie, że zrzeszenie, chociażby w drobnych sprawach jest pożądane, bo zbliża ludzi, jednoczy i może posłużyć do większych celów, w takim razie naszym obowiązkiem jest pracować w tym kierunku. Zważcie tylko, że skoro się zrzeszymy, nietylko dyrekcja będzie się z nami liczyła, ale czy przyjdzie do wyborów, czy też zechcemy ukrócić jakieś nadużycie, czy napiętnować zły czyn, mamy podstawę, mamy oparcie...
Zarumieniła się z zapału, oczy jej zabłysły, a pod wpływem jej słów i głosu i on się ożywił.
- Przyznam się wam - uśmiechnął się - że nie dowierzałem tej sprawie... ale obecnie pójdę z wami. Otóż jeszcze mam dwóch kolegów, na których mogę polegać... Oni obaj starsi, ale tem lepiej, będą rozważniejsi.
- Dwóch! - zawołała - to jest nas czworo. I którzy?
- Kudzyński i Berkholc...
- Socjaliści? Partyjni?
- Naszych przekonań - uśmiechnął się - i najlepiej będzie, gdy zejdziemy się na wspólną naradę.
- Dobrze... ale gdzie?
- Gdzie? - namyślił się - u mnie nie można, mieszkam przy rodzicach.
- I ja także - westchnęła.
- Wiem, że Kudzyński nie ma dobrego mieszkania, zresztą żonaty, ma dzieci... a o Berkholcu nic nie wiem.
- Jaka szkoda - mówiła po chwili - a u was w żaden sposób?
- Hm... widzicie, ojciec mój służy na poczcie, ma odmienne przekonania. Zresztą ciasno u nas, trzy pokoiki, a nas pięcioro w domu. Możnaby ostatecznie gdzieś w restauracji lub kawiarni, ale bylibyśmy skrępowani.
Janina po namyśle zdecydowała się użyć pokoju lokatora. Poprosi Florjana, on zrozumie doniosłość zebrania i odstąpi swój pokój, a może i sam będzie obecny...
- Kiedy możecie przyjść z nimi w umówione miejsce?
- Kiedy?... Chociażby jutro.
- Zatem jutro zawiadomię was w biurze, czy pokój będzie wolny - powiedziała Janina.
- Czy u was?
- Tak jest... mamy lokatora i przypuszczam, że on odstąpi swego pokoju na nasze zebranie.
- Hm... czy znacie go? pewny?
- Ależ on zapalony socjalista i bardzo dzielny człowiek.
- Któż on taki? - a widząc jej zniecierpliwienie z powodu sławianych pytań, usprawiedliwiał się - bo uważacie, was mało znam, ale bądź co bądź, jesteście z kolei... a obcy będzie nas krępował, chociażby tylko tem, że wie o naszej schadzce.
- No... przecież to nie jest zbrodnią - uśmiechnęła się - że czterech kolejarzy zeszło się razem.
- Zbrodnią nie jest, ale proszę was usilnie o zachowanie tajemnicy do pewnego czasu.
- Nic was nie rozumiem - zdziwiła się - po co te sekreta? tajemnice? Żyjemy w państwie konstytucyjnem i naradzać się nam wolno. Sądziłam nawet, że byłoby dobrze poprosić tego lokatora na posiedzenie.
- Jego?... Czemże się zajmuje?
- Jest na uniwersytecie, a żyje tylko dla idei.
- Nazwisko jego?
- Florjan Wapieński.
- Wapieński?... Słyszałem o nim, miewa odczyty dla robotników i przemawiał na zgromadzeniu.
- Tak jest - mówiła ucieszona - to bardzo dzielny człowiek... no i praktyczny. I dlatego radziłabym jego zaprosić.
- Jeśli koniecznie chcecie... niech przyjdzie.
- Nie pożałujecie tego, on dobry organizator...
- Dla robotników - uśmiechnął się - a co innego urzędnicy.
Po rozstaniu się z nim, Janina jeszcze tego samego wieczora rozmówiła się z Wapieńskim, który z wielką uprzejmością ofiarował swój pokój, tem bardziej, że jego współlokator wyjechał na czas dłuższy.
Nazajutrz ucieszona Janina uwiadomiła Stańskiego, że pokój jest do rozporządzenia, a Stański w imieniu swojem i swych kolegów biurowych Kudzyńskiego i Berkholca, przyrzekł przyjść wieczorem na schadzkę. W oznaczonej godzinie przyszli równocześnie wszyscy trzej, a oczekująca Janina wprowadziła ich do pokoju, umeblowanego bardzo skromnie. Stały w nim dwa łóżka, stolik pod oknem, trzy krzesła, szafa i umywalka. Kudzyński, liczący około lat czterdziestu, łysawy brunet z czarnym wąsem, bystro obejrzał mieszkanie, pokiwał głową z lekkiem politowaniem, położył kapelusz na półce, zawalonej książkami, i z westchnieniem usiadł na krześle, mówiąc:
- Więc tu mieszka ów towarzysz Florjan, o którym tyle słyszałem, no, no...
- Ten nie dba o wygodę - zaśmiał się Berkholc, kręcąc krótką, ciemną brodę.
I Stański z pewnym rozczarowaniem spojrzał na pokój, a zwracając się do Janiny, spytał:
- Czy będzie Wapieński?
- Będzie, uprzedził jednak, że może się spóźnić.
- Przyjdzie, nie przyjdzie - odezwał się Berkholc - zaczynajmy, panowie. Stański nas zaprosił tutaj, on ma głos - uśmiechnął się, patrząc na zaniepokojoną twarz Stańskiego, który z pewnem ociąganiem się zaczął:
- Wprawdzie nie ja dałem inicjatywę... ale skoro chcecie, sprawę wyjaśnię. Idzie o to, aby zapobiedz nadużyciom przełożonych i wyzyskowi, któremu podlegamy wszyscy. W szczegóły nie potrzebuję się wdawać, bo każdy z nas na swojej skórze doświadczył błogich skutków tej gospodarki produkcyjnej. Zaprosiłem was, aby wspólnie naradzić się nad sposobami obrony. Mojem zdaniem, rzecz pierwsza i najważniejsza jest skupienie wszystkich urzędników w imię solidarności fachowej - umilkł i spojrzał na zebranych.
- Wpierw należy ustalić zasadę, na mocy której wezwie się urzędników kolejowych - odezwał się Kudzyński.
- Zasadą jest obrona - zaśmiał się Berkholc - przeciw protekcji w awansach, urlopach, zapomogach, w pracy... Kto posiada protekcję, ten idzie szybko wgórę, dostaje najlepsze miejsce, traktują go delikatnie i z uwagą, uwzględniają jego prośby...
- Wszystko to wiemy wszyscy - rzekł zniecierpliwiony Kudzyński - i nasze zebranie niema celu, jeśli o tem mamy mówić.
- A więc podajcie wasz projekt - zawołał Berkholc.
- Mój projekt? - namyślał się przez chwilę - otóż należy nam rozwinąć agitację, pozyskać zwolenników, a gdy zbierzemy ich kilkudziesięciu, wówczas przystąpić do działana.
- Obawiam się - odezwała się Janina - że droga przez was wskazana nie doprowadzi do celu... Mówiłam w mojem biurze, ale odrzucono z miejsca myśl opozycji.
- Jeśli nie zgadzacie się na mój plan - rzekł kwaśno Kudzyński - postawcie lepszy.
- A gdyby wydać odezwę - przemówił Stański - ona poruszy sprawę, zacznie się dyskusja.
- Co tam agitacja, co tam odezwa - zawołał Berkholc - ja radzę napisanie memorjału do ministerjum kolei, z wymienieniem wszystkich krzywd naszych. Ten memorjał niech podpiszą wszyscy urzędnicy i półurzędnicy, a on zrobi swoje. Czy nie tak?
- Nie zgadzam się na memorjał - rzekł Stański - on chybi celu.
- I ja jestem tego zdania - nachmurzył się Kudzyński - ministerjum odeśle skargę do dyrekcji, a ta odpisze, że wszystko jest dobrze i zgodne z prawem, a podpisanych pociągnie do odpowiedzialności. Zresztą kto podpisze ów memorjał? kto będzie ryzykował? Wasz plan, Berkholc, jest zły.
- I wasz nie lepszy - mruknął gniewnie.
Janina, słuchając tych sporów, czuła konieczność jasnego postawienia kwestji, zespolenia ich przez wskazanie drogi, wiodącej do celu, nie umiała jednak znaleźć ani słów odpowiednich, ani myśli przewodniej. Będąc sama ze sobą, pamiętała wszystkie przyczyny, zmuszające do działania, wypowiadała ognistą mowę, która przekonywała najoporniejszych i odnosiła triumf zupełny... Lecz gdy znalazła się wobec trzech ludzi, napróżno szukała argumentów, napróżno wysilała się na zrobienie planu, na wypowiedzenie swych myśli, poczuła się skrępowaną, bezsilną i z obawą widziała, że to zgromadzenie, na które tak liczyła, nie poweźmie żadnego postanowienia i rozejdzie się w niezgodzie. Istotnie, Kudzyński z miną znudzoną spojrzał na zegarek, a Stański szukał oczyma swego kapelusza. Wśród chwilowego milczenia odezwały się w przyległym pokoju szybkie kroki, i do pokoju raczej wpadł, aniżeli wszedł, Wapieński. Z twarzą jasną, uśmiechniętą rozejrzał się:
- Witajcie - kolejno przedstawił się trzem kolejarzom i spytał tonem wesołym:
- Cóż uradziliście? Jaki plan działania? Nie jestem wprawdzie zawodowym kolejarzem, ale przez pół roku byłem przy kolei w Warszawie, zanim uciekłem z fortu.
Jego swoboda, pewność siebie i wesołość, udzieliły się zebranym, zwłaszcza Janina nabrała otuchy i odpowiedziała:
- Żadnego planu nie powzięliśmy, radziliśmy tylko nad sposobem zgromadzenia większej ilości urzędników.
- I cóż? - spytał, patrząc na obecnych.
- Radziłem rozwinięcie agitacji - przemówił Kudzyński - ale koledzy byli przeciwni. Kolega Stański proponował odezwę, a kolega Berkholc - memorjał do ministerjum.
- Jak widzę, nie spóźniłem się - uśmiechnął się - dopiero jesteśmy na początku początków. Czy mówiliście o celu zjednoczenia? - zwrócił się do Janiny.
- Nie miałam sposobności.
- Ależ cel jasny - zawołał Berkholc - idzie o usunięcie nadużyć i wyzysku.
- Bardzo dobrze - skinął głową Wapieński - a droga do celu?
- Właśnie o nią spieraliśmy się - mówił Berkholc - i były trzy propozycje.
- Rozumujmy ściśle, towarzyszu... Agitacja, odezwa, memorjał, to środki, a drogą jest zjednoczenie urzędników w organizacji silnej i trwałej. Chcąc to osiągnąć, są dwa sposoby: albo w imię wspólnej idei, albo w imię interesu. Idea często zawodzi, bo na jej przyjęcie trzeba ludzi przygotować, a nawet w takim razie tylko wybrane jednostki, samo czoło stanie do walki. Natomiast interes skupia ludzi z łatwością i wezwanie znajdzie echo.
- Nie idzie o teorje - mruknął Berkholc - my ludzie praktyczni.
- Właśnie mówimy o praktycznych rzeczach - uśmiechnął się Wapieński - otóż kolejarze są zapracowani, zahukani i zostają pod obuchem tej myśli, że ich pracodawca, rząd, czy towarzystwo akcyjne, jest wszechpotężne, a każde sprzeciwianie się surowo karane. Z tą psychologją musimy się liczyć. Gdybyśmy spytali kolejarza poszczególnego, co myśli o służbie swej, każdy ją gani i gotów ją rzucić, gdyby tylko miał pieniądze. Otóż dajmy mu pewność, że będą mieli pieniądze, utrzymanie, że mają podstawę niewzruszoną materjalną, wówczas przejdą łatwo do opozycji i oprą się nadużyciom.
- No, tak - rzekł Kudzyński - to są wiadome rzeczy... Cóż dalej?
- Zatem w imię praktycznego interesu można ich skupić. Zdaje się, że macie kasę emerytalną...
- Nędzna, na życie nie starczy, a cóż dopiero wdowy i sieroty - zawołał Stański.
- Więc załóżmy kasę zapomogową i pożyczkową... albo też sklep kolejarski... i w imię interesu bezpośredniego, trzeba ściągnąć kolejarzy - mówił dalej Wapieński - a skoro się zejdą, zetkną się ze sobą, wówczas dopiero podnieść myśl samoobrony wobec nadużyć.
Janinie wydał się ten plan lak doskonały i skuteczny, że nie umiała się powstrzymać i zawołała:
- Wiedziałam, że wy, Florjanie, znajdziecie sposób. My nie mogliśmy się ani zgodzić, ani poradzić z tą sprawą - a widząc niedowierzające miny kolejarzy, starała się wytłómaczyć. - To przecież jasne, gdy się zbiorą, a poda się im projekt wspólnego działania, wspólnej obrony, to zrozumieją, że tylko w silnej organizacji jest ich moc i siła.
Mężczyźni milczeli, czuli się do pewnego stopnia obrażeni nietylko tem, że pomysł kasy wyszedł od młodego człowieka obcego, nie kolejarza, ale podrażnił ich ten zachwyt Janiny.
- No tak, zapewne... plan ten posiada swoje zalety - przemówił zwolna Kudzyński - i przypuściwszy, że zejdą się kolejarze, ktoś musi do nich przemówić, zachęcić, wytłómaczyć... ja nie mam daru wymowy, ale może koledzy?...
- Ja także!... I ja! - dodali obaj.
- Spróbowałabym chętnie - odezwała się zarumieniona Janina - ale obawiam się, że raczej zaszkodzę sprawie, gdyż bardzo wątpię, czy potrafię mówić w licznem zgromadzeniu, a następnie czy zechcą mnie słuchać.
- No, już nie pani - uśmiechnął się Kudzyński - może pani narazić na śmieszność całą rzecz, a nawet zabić myśl opozycji. Tu musi wystąpić ktoś poważny, ze stanowiskiem, tego posłuchają i będą się rachować.
- A czy znajdzie się taki? - spytał szyderczo Berkholc - któż zechce się narazić dyrekcji?
- To prawda - westchnął Stański.
Florjan spojrzał na nich i dojrzał w wyrazie ich twarzy, dosłyszał w tonie mowy, że boją się przełożonych, że strach przed utratą miejsca zamyka im usta. Jedna tylko Janina była szczera, ale zrozumiał, że jej głos nie znajdzie oddźwięku, że z nią nie będą się liczyli i po krótkiem milczeniu rzekł:
- Mojem zdaniem nie potrzeba być Demostenesem lub Ciceronem, aby powiedzieć w prostych słowach swoją krzywdę... widocznie dobrze wam jest, a dla drobnych przykrości nie chcecie się narażać...
- Nam dobrze!? - zawołał z goryczą Kudzyński - pracujemy nad miarę, bez odpoczynku, narzucają nam pracę nadliczbową przez oszczędność, traktują jak niewolników, niewolno nam się o swoje upomnieć, ale czekać musimy zmiłowania i dobrego humoru. Awans jest dowolny, a co lepsze miejsce i płaca, to biorą protegowani...
- Więc powiedzcie to głośno, otwarcie wobec waszych - zachęcał Fiorjan.
- Powiedzieć?... Panu łatwo to mówić bo i co pana wiąże? - obejrzał się po pokoju - ale ja mam żonę, dzieci i już piętnasty rok służę... czy mogę ryzykować moją rodzinę?
- No, a wy? - zwrócił się do Stańskiego i Berkholca.
- Mnie nie posłuchają, jestem za młody i żyd - odpowiedział Berkholc - rzuconoby się na mnie jak na psa.
Stański przeszedł się po pokoju, zapalił papierosa i stanąwszy przed Florjanem rzekł:
- Zarzuciliście nam, że nie odczuwamy wyrządzonych krzywd i dlatego nie chcemy, czy nie umiemy przemówić... Otóż ja będę mówił.
Dwaj koledzy spojrzeli na niego z wielkiem zdziwieniem, a Janina rozpromieniona wyprostowała się i odetchnęła, jakgdyby pozbyła się ciężaru, gdyż wstyd jej było przed Fiorjanem, że tym trzem kolejarzom, wybranym z licznego grona, zabrakło odwagi.
Florjan spojrzał bacznie w oczy Stańskiego i po chwili rzekł spokojnym głosem:
- Widocznie kleszcze waszych dyrektorów są mocne, ale łamie się silniejsze. Aby jednak narażenie się miało dobry skutek i przyniosło korzyść, trzeba przyszłych słuchaczy waszych do pewnego stopnia przygotować...
- Już ja to zrobię - zawołał Berkholc - jeśli tylko Stański zdecydował się przemówić, to naszą rzeczą szepnąć kolegom, że na zgromadzeniu będą inne wnioski prócz kasowych.
- Wiecie Stański - rzekł zwolna Kudzyński - radzę wam namyśleć się... zawsze to walka z dyrekcją, i narazie może wam nic nie zrobią, ale zczasem odemszczą się... i wracam do swego, czy nie będzie lepiej i korzystniej wpierw rozwinąć agitację?
Lecz Stański, którego ambicję mile połechtało ogólne, chociaż milczące uznanie, odpowiedział z drwiącym uśmiechem:
- Nie lubię szeptów tajemniczych, półsłówek, ciągłej ostrożności... dość tego, głowy mi nie urwą.
- Ale miejsce możecie stracić - mruknął Kudzyński.
- Świat nie kończy się na dyrekcji kolejowej - zaśmiał się Berkholc - a wy, dużo macie za piętnaście lat potulności!?
- Więc teraz może szczegółowo omówimy te punkta, które towarzysz Stański ma poruszyć w swej mowie - przemówił Florjan.
Ta kontrola nie podobała się Stańskiemu, odpowiedział więc suchym tonem:
- Jak mam mówić, to już zostawcie mnie samemu... chciałbym tylko wiedzieć, jak mam waszem zdaniem sformułować ostateczny wniosek.
- Jak!? - zaśmiał się Berkholc - to bardzo proste - co do kasy, niech rząd, przedsiębiorca interesu, da nam sumę równającą się naszym wkładom. Co do awansu, niech on będzie mechaniczny, stosownie do lat służby. To masz już dwa wnioski, czy nie tak?
- A nie zapomnij o przeciążeniu pracą i urlopach - dodał Kudzyński.
- Czy sądzicie, że można zapomnieć o tem, co dolega - uśmiechnął się Stański, a zwracając się do Florjana spytał:
- A wy co myślicie?
- Zdaje mi się, że sprawy, o których wspominacie, nie należą do ogólnego zgromadzenia, nad niemi będzie obradowała komisja, czy wydział, a wy, towarzyszu Stański, postawcie tylko wniosek, aby zgromadzeni wybrali stałą komisję dla zbadania położenia kolejarzy tak pod względem materjalnym jak i moralnym.
- Wiesz Stański - przemówił Berkholc - mojem zdaniem projekt towarzysza Florjana będzie wprowadzeniem w błąd zebranych kolejarzy. Oni nie zrozumieją celu komisji i kto wie, kogo wybiorą. Należałoby koniecznie wyświetlić cel.
Kudzyński z uśmiechem ironicznym skinął głową na znak potwierdzenia tych słów, Stański uczuł się stropionym i spojrzał na Florjana, który chmurny słuchał i rzekł porywczo:
- Wnioskodawca zostaje zawsze wybrany do komisji, którą proponuje, będzie więc dosyć czasu i sposobności do wyświetlenia sprawy.
- No tak, zapewne, ale inny byłby efekt przemówienia - upierał się Berkholc.
- Nie idzie nam o efekt - odezwała się Janina - ale o samą sprawę. Zresztą, macie przecież zupełną swobodę i możecie sami rozwinąć na zgromadzeniu cel i znaczenie komisji - kończyła z ironicznym uśmiechem.
- Bez żadnej wątpliwości - dodał Stański. Kudzyński słuchał dyskusji obojętnie, wreszcie rzekł znudzony:
- Na czemże stanęło?
- Zwołamy zgromadzenie kolejarzy - przemówił Stański - czy to pod pozorem kasy, czy sklepu i na zebraniu postawię wniosek o utworzenie komisji.
- To już dobrze - wstał z krzesła Kudzyński i dodał drwiąco: - z wielkiej chmury mały deszcz.
- Przyjdzie czas i na pioruny - zaśmiała się Janina.
- Nie wiem z czego wy tacy zadowoleni - rzekł Berkholc wzruszając ramionami - bo mówił mi Wilmański, jak surowo karciliście dyrekcję...
- I dziś nie wyprę się słów moich - odpowiedziała zaczerwieniona.
- Tak... to widać z waszej zgodności na taki łagodny wniosek - zaśmiał się ironicznie - no, ale idę już. - Podał kolejno rękę wszystkim i zwracając się do Stańskiego, spytał:
- Czy zostajesz?
- Na chwilę.
Po ich odejściu, Stański czując, że dwaj kolejarze nie zrobili dodatniego wrażenia, a chcąc usprawiedliwić ich zaproszenie, zwrócił się do Florjana:
- Ci dwaj są dobrzy koledzy, uczynni... tylko zanadto tkwią w urzędzie.
- W każdym razie nie liczcie dużo na ich pomoc - uśmiechnął się Florjan - a kogoś musicie mieć.
- Muszę? - zdziwił się.
- Naturalnie. Kto inny niech poda projekt kasy zapomogowej, a wy postawcie wasz wniosek oddzielnie.
- Hm... zapewne, że byłoby lepiej - namyślał się.
- Projekt podobnych kas i ich statuty doręczę wam w tych dniach.
- Dziękuję... dajcie koleżance Traweckiej... Poszukam kogoś, aby wniósł tę sprawę.
- Czy jednak znajdziecie? - wątpiła Janina - bo ani Kudzyński, ani Berkholc nie zechcą.
- Znajdę... A teraz powiedzcie mi, co lepiej, czy wydać odezwę bezimienną, czy też rozesłać arkusz z żądaniem podpisów.
- Do podpisów dużo ludzi ma wstręt, wydaje się im to czemś w rodzaju cyrografu - uśmiechnął się Florjan. - Wydrukujcie odezwę, oznaczcie czas, miejsce zebrania i czekajcie końca. Naturalnie byłoby bardzo pożądanem, aby odezwę podpisał jakiś komitet... a czy wam się uda?
- Komitet?... Zastanowię się nad tem. Znam kilku dobrych ludzi.
- Wolałbym ambitnych - uśmiechnął się Florjan, odrzucając ręką kosmyk włosów, spadający mu na środek czoła.
- I takich nie brak u nas - zaśmiał się Stański - usłucham was i bywajcie zdrowi - rzekł, podając rękę - a wy koleżanko musicie mi dostarczyć statutu kasy.
- Wiem.

Dodaj komentarz