Kolejarze

Rozdział IV

Janina ożywiona najlepszemi nadziejami, pokrzepiona poczuciem, że nie jest już bezczynnym świadkiem, lecz bierze istotny udział w walce o usunięcie wyzysku, czuła się silną, dzielną i w oczekiwaniu tej chwili, gdy w biurze jej rozejdzie się wiadomość o zwołaniu zgromadzenia, pracowała chętnie i nie nużyła jej robota. Stańskiemu zaraz nazajutrz oddała, wręczony jej przez Florjana statut kasy zaliczkowo-oszczędnościowej i usilnie prosiła o udzielenie jej dalszych wiadomości.

Mijał jednak jeden dzień i drugi, a Stański milczał. Trzeciego dnia, nie mogąc go spotkać, napisała bilecik, pozostawiony bez odpowiedzi. To ją zaniepokoiło, a gdy spotkała Stańskiego, ten zbył jej pytania lakonicznemi słowami:

- Są trudności i przeszkody, zaczekajcie... może się uda.

Janinę opanowało zniechęcenie i poczęła tracić wiarę w możliwość powodzenia. Z poprzedniego podniecenia wpadła w apatję i najchętniej usunęłaby się gdzieś zdala od domu, ludzi, a zwłaszcza biura. I właśnie, jakgdyby naprzekór, naczelnik zadowolony z poprzedniej jej spiesznej roboty, powiększył ilość "kawałków", które miała odrobić, a spostrzegłszy pewną opieszałość, robił zgryźliwe uwagi. Zażądał pewnego referatu, a gdy Janina powiedziała, że jeszcze niegotowy, rzekł:

- Kilka dni pracowała pani dość dobrze, a teraz zamiast roboty, marzenia - uśmiechnął się drwiąco - zostaw je pani w domu, a w biurze pracuj pani. Następnie zwrócił się do Borskiego z zapytaniem: - Kiedy skończymy? - westchnął, wskazując na plik aktów.

- Kiedy?... nie wiem, panie naczelniku, bo robimy za inne wydziały.

- Inny widział, czy nie inny - mówił podrażnionym głosem - skoro przyjdzie akt do naszego biura, musi być zrobiony.

- Śmieją się z nas, że za nich odrabiamy - mruknął Borski.

- Nic mnie to nie obchodzi i takich wiadomości nie potrzebuję - i powiedziawszy to wyszedł do swego pokoju.

- Naszą pracą chce się dorobić awansu - szepnął Wilmański.

I pracowali. Ze wszystkich kątów biura, z pośród papierów wyglądała nuda i przymus pracy. Unosiła się w powietrzu, przytłaczała piszących, przeszkadzała w pracy, przygaszała oczy, Borski pracował jak koń włożony do chodzenia w kieracie. Odrabiał "kawałki" jeden po drugim, a czekał cierpliwie trzeciej godziny wyprzęgnięcia i wyzwolenia. Naczelnik grupy pracował z gorączkowym pośpiechem, kłuty nieustanną ostrogą możliwego awansu, ale Wilmański, ale Janina odczuwali całą czczość, nudę i gwałt zadawany przez pracę przymusową. Ileż razy Janina odkładała pióro, mrucząc do siebie: nie, nie mogę dłużej! i siedziała cicho, patrząc bezmyślnie na pokój, w którym unosiły się niebieskawe pasemka dymu tytuniowego, a w promieniach słońca, wpadających przez brudne szyby, błyszczał pył wznoszący się przy każdem poruszeniu aktów biurowych. W pokoju, przy zamkniętych oknach, z dymem cygar i papierosów, z kwaskowatą wonią foljałów, atmosfera była ciężka, mdła, dusząca. A na dworze, z pogodnego nieba lśniło słońce, odzywał się świergot ptactwa, dzwoniły w brudne szyby owady, tam była wiosna, życie, ruch, a w zatęchłem biurze, nuda, martwota i przymus.

Że też ludzie męczą się tak dobrowolnie, rozmyślała Janina, gdy mogłoby wszystkim być dobrze, rozkosznie, szczęśliwie, byle tylko wszyscy zechcieli zmienić warunki bytu kapitalistycznego na socjalistyczne. I ten Borski zapracowany, przytłoczony troską rodzinną i ten naczelnik, zamęczający siebie i drugich pracą nad siły, odetchnęliby obaj, spojrzeliby radosnym uśmiechem na świat, na życie...

Wtem wszedł naczelnik i stanąwszy w progu, spojrzał złemi, niespokojnemi oczami.

Nareszcie jednego ranka wszedł Stański do biura. Z twarzy rozjaśnionej poznała Janina, że przychodzi z dobrą wieścią. Z gorączkową niecierpliwością czekała jego słów, a Stański przesyłając jej uśmiechem i spojrzeniem uspokojenie, witał się z kolegami, a upewniwszy się, że naczelnika nie było narazie w przyległym pokoju, rzekł swobodnym głosem:

- Wysyłamy dziś deputację do pana inspektora Kulińskiego, może pani w imieniu manipulantek weźmie w niej udział.

Oczy jego powiedziały jej, aby przyjęła, co też uczyniła.

- Jeśli trzeba, jestem gotowa.

- W takim razie, proszę panią, deputacją czeka.

- Jaka? o co? - zawołał Wilmański.

- Cóż to nowego? - odwrócił się Borski zdziwiony.

- Wytłómaczę panom później. Chodźmy - zwrócił się do Janiny.

Gdy wyszli na kurytarz, uśmiechnięty Stański szeptał:

- Udało mi się nareszcie pozyskać do komitetu zwołującego trzech urzędników. Jeden z ruchu, dwóch z dyrekcji, wy czwarta idą do inspektora.

- Cóż mam mówić? - spytała.

- Narazie nic - odpowiedział i przedstawił ją dwum młodszym panom i jednemu starszemu, który spojrzał na Janinę, rzekł:

- Delegacja w komplecie.

Poszli schodami na pierwsze piętro, aż doszli do kurytarza, gdzie mieszczą się podwoje właściwej dyrekcji.

Gierlicz, prowadzący deputację, zapytał uprzejmie woźnego, czy pan inspektor Kuliński w biurze, a otrzymawszy potwierdzającą odpowiedź, wysłał woźnego z uwiadomieniem, że deputacja urzędników chciałaby z nim pomówić.

Woźny nie bez zdziwienia spojrzał po obecnych i w milczeniu poszedł zaanonsować.

Czekali w kurytarzu, a po niespokojnych spojrzeniach i ruchach widać było dręczącą ich niepewność. Zjawił się woźny i zostawiając drzwi otworem, rzekł głośno:

- Pan inspektor prosi.

Gierlicz szybko zdjął kapelusz, ręką otarł łysinę, musnął wielkie blond wąsy, odchrząknął, spojrzał na towarzyszy i cichymi krokami wszedł pierwszy do pokoju inspektora.

Za biurkiem szafkowem, zawalonem papierami, siedział niemłody, łysawy, niewyraźny blondyn, który gładząc maleńkie faworyty, patrzał badawczo na wchodzących.

Na ich bardzo niskie ukłony, połączone ze szurganiem butów, skłonił się lekko i wydymając górną, wygoloną wargę, rzekł tonem urzędowym:

- O co idzie?

Gierlicz znów zgiął się wpół leciutko chrząknął i mówił tonem pokornym i uprzejmym:

- Wiadomo zapewne panu inspektorowi, że nasze położenie materialne nie należy do najlepszych - a widząc chmurę na czole dygnitarza pospieszył: - nie jest to wina rządu, lecz drożyzny i różnych przypadków życiowych - odetchnął głęboko.

- Cóż ja na to poradzę? - odezwał się obojętnie inspektor.

- Właśnie w tej sprawie przyszliśmy do pana inspektora... Tylko pomoc własna, tylko wspólne siły mogą nam kolejarzom, przynieść ulgę pewną... Otóż umyśliliśmy założyć kasę zaliczkowo-oszczędnościową, któraby w chwilach ciężkich była nam pomocą...

- Macie przecież panowie pensję, a w razie niezwykłej potrzeby kasę pożyczkową - przerwał mu dygnitarz - pocóż wprowadzać jakieś nowinki?

- Pan inspektor ma zupełną słuszność - skłonił się Gierlicz - ale nam idzie o utworzenie okręgowej kasy, w obrębie naszej dyrekcji. Pożyczki udzielane będą minimalnie oprocentowane i obejdzie się bez pisaniny, próśb, zwłok...

- Hm... jeśli panowie chcecie, to zakładajcie sami, o ile pan dyrektor się nie sprzeciwi, ale cóż ja mam z tem wspólnego?

- Znając działalność społeczną i ofiarność pana inspektora, jak również niestrudzoną pracowitość, jesteśmy przekonani, że kasa nasza świetnie się rozwinie jedynie pod jego protektoratem, i z tego powodu wysłano nas, jako delegację do pana inspektora.

Dygnitarz uśmiechnął się łaskawie; podobało mu się pochlebstwo i prośba. Bez studjów prawnych i technicznych doszedł do szóstej rangi. Wiedział, że na tem stanowisku kończy się jego karjera urzędnicza i nie mogąc zadowolić swej ambicji na tem polu, pożądał odznaczenia wśród ogółu tytułem ładnie brzmiącym i wywieraniem wpływu. W uszach zabrzmiał mu tytuł: "prezes", i słowo to stawało się coraz bardziej muzykalnem i coraz piękniejszem. Słyszał je wszech stron, widział wydrukowane w dziennikach, umieszczone na ładnym bilecie wizytowym.

"Prezes!..." prześliczne słowo, ale... wypada się podrożyć, tak, dla samej przyzwoitości, więc odpowiedział:

- Cieszy mnie bardzo zaufanie panów urzędników... tak, to zaszczyt... jednak są inni, godniejsi, mojem zdaniem... radzę panom udać się do nich, boprawdę powiedziawszy, mam pracy nadmiar i obawiam się, że będę przeciążony...

- Ależ panie inspektorze - zawołał z mocą Gierlicz - pan posiada pełne nasze zaufanie, a znane uczucia obywatelskie pana inspektora nie pozwolą mu odrzucić naszej prośby.

Wtem nagle, w mózgu inspektora przebiegła jak błyskawica myśl, że podobna kasa może się nie podobać panu dyrektorowi, a tem samem i on obniży się w jego oczach. Leciutki dreszcz obawy go przeszedł i już postanowił odmówić, lecz z drugiej strony to słowo "prezes" takie piękne, takie słodkie... po namyśle więc wybrał drogę pośrednią:

- Przyjmuję ofiarowaną mi godność, ale pod warunkiem... tak jest, warunkowo... znacie panowie prawdziwie ojcowską dbałość pana radcy dworu i dyrektora o swych podwładnych, otóż obowiązkiem panów jest przedewszystkiem wystarać się o aprobatę kasy przez pana dyrektora...

Delegaci spojrzeli na siebie z pewnem zakłopotaniem. Iść do samego pana dyrektora, do wszechwładnego pana, który zapewne nie raczy mówić z nimi, urzędnikami ósmej, dziewiątej i dziesiątej rangi; przestąpić mają próg biura do którego z obawą idą urzędnicy siódmej i szóstej rangi... a jeśli będzie w złym humorze, albo też będzie mu dolegało coś fizycznego?

Gierliczowi błysła myśl zbawcza, skłoniwszy się zatem, zaczął:

- Życzenie pana inspektora było właściwie i naszem życzeniem... i właśnie dlatego udaliśmy się, do pana inspektora, że będąc w ciągłej styczności z panem dyrektorem, zechce we właściwej porze i formie poprzeć naszą sprawę przed panem dyrektorem.

Frazes: "w ciągłej styczności z panem dyrektorem" był tak miły i tak pochlebiał panu inspektorowi, że postanowił zrobić próbę i osobiście przedstawić rzecz dyrektorowi.

- Moi panowie, nigdy z zasady nie usuwam się od służby publicznej i chcąc dać dowód panom, jak wysoko cenię wasze zaufanie, będę dziś jeszcze u pana radcy dworu i poprę waszą sprawę.

- Dziękujemy najserdeczniej panu inspektorowi - i szykowali się już do odejścia.

- Jeszcze słowo! - zawołał pan inspektor.

- Słuchamy - skłonił się Gierlicz.

- Proszę o statuty kasy, bo może być w nich coś, co sprzeciwia się porządkowi oficjalnemu.

- Oto są - podał Gierlicz - a kiedy pan inspektor każe nam się stawić?

- Po godzinie drugiej... statuty przejrzę i powiem rezolucję pana radcy dworu.

Skłonili się, wyszli, a na kurytarzu, gdy już minęli woźnego, rzekł Gierlicz z uśmiechem wyższości:

- A co?! Wziąłem go!... Dureń jakiś, odsyła nas do dyrektora, a idź sam, od tego kłaniamy się tobie... czy nie było sprytnie!

- Bardzo... lecz jeśli dyrektor odmówi? - zauważył jeden z delegacji.

- W tem to już głowa przyszłego prezesa - zaśmiał się drwiąco.

O godzinie drugiej zjawiła się znów deputacja, ale już pewniejsza siebie i śmielsza.

Dygnitarz przyjął ich z łaskawym uśmiechem i gładząc krótkie faworyty rzekł:

- Pan radca dworu przyzwolił na założenie kasy, ale zobowiązał mnie, tem samem i panów, że w niczem nie przekroczycie godności urzędników państwowych... Kasa ma być jedynie instytucją finansową, żadnym klubem politycznym, a cóż dopiero agitacyjnym - zmarszczył brwi surowo.

- Ależ naturalnie, panie prezesie - powiedział Gierlicz z ukłonem.

- Uprzedzam panów, że jako prezes, nie pozwolę na żadne uboczne cele, jedynie o statucie może być mowa i to w granicach legalnego porządku.

- Tak jest, panie prezesie, i dziwią nas podobne zastrzeżenia; my przecież wiemy, co winniśmy sobie, jako urzędnicy najpoważniejszej instytucji państwowej.

- Hm... wierzę panom, a jeśli o tem wspomniałem, to jedynie z tego powodu, że obecnie panuje zaraza krytyki i lekceważenia zasad porządku, ugruntowanego na prawach boskich i ludzkich... W jaki sposób myślicie panowie przystąpić do tej ważnej sprawy?

- Wydamy odezwę i porozumiawszy się z panem prezesem, naznaczymy dzień walnego zgromadzenia.

- No, tak... spodziewam się jednak, że niższa służba kolejowa... nie mówię o wykluczeniu, bo ci ludzie ciężko pracują - westchnął - ale to ludzie prości, bez wykształcenia, raczej nam zaszkodzą, aniżeli pomogą. Czyż nie tak? - a spostrzegłszy zasępione miny dodał: - gdy uchwalimy statut, każdy funkcjonarjusz kolejowy może przystąpić... Na kiedyż zgromadzenie?

- To łatwo obliczyć - odpowiedział Gierlicz - dziś wtorek, jutro wydrukuje się odezwę, w czwartek i piątek roześle się po biurach, zatem w sobotę odbędzie się zgromadzenie założycieli.

- Bardzo dobrze - skinął głową - w sobotę każdy z panów ma więcej czasu i w niczem nie przeszkodzi się biurowym zajęciom, bo po sobocie jest niedziela... Przed zgromadzeniem zobaczę się z panem, panie Gierlicz.

- Tak jest... stawię się.

- Zatem do widzenia panom i jeszcze raz dziękuję za zaufanie, którem obdarzyliście mnie panowie.

W piątek rano, gdy rozesłana już była odezwa zapraszająca na zgromadzenie, Wilmański przyszedłszy do biura, zanim przejrzał się w lusterku, aby przygładzić włosy i wąsy, rzekł do Borskiego i Janiny:

- Wiecie, będzie heca u nas...

Borski spojrzał lekceważąco na niego, wzruszył ramionami i milczał.

- Co? Nie wierzycie? Na tem zgromadzeniu kasowem ma być awantura... Mówił mi ktoś pewny.

Na te słowa Janina zarumieniła się, lecz spytała spokojnie:

- Jaka awantura? Co też pan mówi?

- Jak Bozię kocham! Nie wiem dokładnie, ale dziś się dowiem, ale, że ma być, to na p.

- Nie zawracaj pan głowy - mruknął Borski - znosi pan plotki - i wziął się do dalszej pracy.

Janina była jednak niespokojna, wprawdzie wniosek Stańskiego był bardzo dyplomatycznie ułożony, lecz miał zostać tajemnicą aż do chwili wypowiedzenia, aby usunąć wszelkie trudności, i kto wie, czy właśnie o tym wniosku nie mówił Wilmański? Może ktoś rozgłosił i całą sprawę przez to popsuje. To też po wyjściu naczelnika, spytała dość niecierpliwie:

- Panie Wilmański, o jakiej to awanturze pan mówił?

- A co? - zaśmiał się - już się boi założycielka i deputatka! Dobrze tak pani, po co kłaść paluszki między drzwi?

- Wcale się nie boję - odpowiedziała ostro - i zawsze się upomnę o swoje prawa.

- Bardzo słusznie - mówił Borski z powagą - my przecież nie niewolnicy i wolno nam zgromadzać się i zakładać towarzystwa... A co do owych rzekomych awantur, nie przypuszczam wcale. Przecież zgromadzą się tam urzędnicy, nie żadna hołota.

- No, no, zobaczymy - śmiał się Wilmański.

W tej chwili otworzyły się drzwi i wpadł Stach, mówiąc z progu:

- Słyszeliście nowinę? - i nie czekając odpowiedzi, mówił dalej: - Na zgromadzeniu mają uchwalić memorjał do ministra komunikacji...

- Memorjał? - zdziwił się Borski - a to po co? na co? do czego to podobne?

- Tak jest, memorjał - potwierdził Stach z poważną miną - wszystkie łajdactwa przy awansach, urlopach, przy pracy i t. d. i t. d. maja być umieszczone, zredagowane i podpisane przez zebranych.

- Ale w jakim celu - spytał Wilmański.

- Jako skarga do ministra z prośbą o przysłanie komisji śledczej.

- Musi się wściekać dyrektor - śmiał się Wilmański.

- Dyrektor swoją drogą - mówił Stach - ale inspektor, który objął prezesostwo, temu trzęsą się łydki - śmiał się.

- Otóż u nas tak zawsze - narzekał Borski - zacni, porządni ludzie chcą zrobić coś pożytecznego, dobrego, a jacyś narwańcy dalejże swoje.

- Ja wprawdzie nie podpisałbym memorjału - rzekł Wilmański - a swoją drogą, należałoby tym dygnitarzom przypomnieć, że wszystko ma swe granice.

- Lubię takie gadanie - mówił drwiąco Borski - widać, że pan, panie Wilmański, nie ma pojęcia o drodze, jaką idą podobne skargi.

- Wiem, wiem... nie mówiłem też, aby to co pomogło, ale zawsze napędzi strachu.

- Dzieciństwo - wzruszył ramionami - kruk krukowi oka nie wykole... a skrupi się na skarżących. Zresztą bardzo wątpię, czy zgromadzeni zgodzą się na memorjał?

- Wszystko jedno - zawołał Stach - wystarczy podnieść tę sprawę... zaraz napiszą dzienniki, zrobi się rumor, zaczną gadać, roztrząsać, może posypią się skargi...

- Ale kasy nie będzie - westchnął Borski - i zamiast rzeczy pożytecznej, będzie trochę dymu i swędu.

- Uchwalą wpierw kasę... to wiem napewno... a dopiero potem memorjał.

- I kto wystąpi z wnioskiem? - spytał Wilmański.

- Kto? nie wiem... to tajemnica.

Wszedł naczelnik i rozmowa się przerwała.

Janina, słuchając o memorjale, domyślała się, że prawdopodobnie Berkholc chwalił się swym pomysłem i tą drogą dostał się ów memorjał do wiadomości interesowanych. Obecnie zaczęła się obawiać, że ktoś może przedwcześnie rozgłosić o wniosku Stańskiego.

W sobotę po wszystkich biurach roiło się od rozmaitych przypuszczeń, domysłów, plotek i wszyscy byli zaciekawieni zgromadzeniem popołudniowem.

Dowiedział się też pan inspektor, jeden z ostatnich o wieściach obiegających i poruszony tem do żywego, posłał natychmiast po Gierlicza.

- Słyszałeś pan, co mówią? Co to ma znaczyć? - spytał surowo.

- Coś nie coś zasłyszałem... pewno plotki ktoś puścił rozmyślnie.

- Ale w jakim celu? To przecież może zaszkodzić nietylko sprawie, ale narazić mnie panu dyrektorowi. Na żadne rewolucje nie pozwolę, powtarzam: na żadne. W przeciwnym razie zrzeknę się prezesostwa.

- Jeszcze raz upewniam - mówił podrażnionym tonem Gierlicz - że w komitecie o podobnych rzeczach nikt nie wspomniał... czy jednak kto z obecnych nie postawi jakiego wniosku, o tem nie mogę wiedzieć.

- Odbiorę głos i koniec - zawołał dygnitarz - nie będę malowanym prezesem... a zresztą dla kasy nie myślę się narażać.

- Bardzo słusznie... przecież każdemu z nas zależy na stanowisku służbowem.

- Bo to widzi pan... mówiąc szczerze, co takiemu z niższej służby kolejowej, albo z niższych podurzędników zależy na posadzie i marnej pensji? Nie będzie tu, będzie gdzieindziej... trochę przebieduje, no, ale do tego oni nawykli. A co innego my, urzędnicy, i pozycja, i pensja, i kwaterowe... no i powaga nasza. Więc bardzo proszę, żadnej zmowy, wniosków, nieporządków... Tu idzie o naszą sytuację, o godność urzędu... rozumie pan?

- Podzielam w zupełności poglądy pana prezesa i sam dopilnuję.

- Liczę na pana - rzekł inspektor, podając mu rękę na pożegnanie.

Komentarze

Dodaj komentarz

* - pole wymagane

*




*
Brak komentarzy