Kolejarze
Rozdział V
W obszernej sali, mrocznej mimo czterech okien, zebrali się wezwani kolejarze na naradę. Jakkolwiek dzień czerwcowy był pogodny, większość zjawiła się w ciemnych ubraniach, wytrzymałych na kurz i deszcz, co mimowolnie robiło wrażanie żałobnego zebrania, A gdy dojrzało się te postacie pochylone, z ociężałemi ruchami, twarzami zmęczonemi, pożółkłemi jak akta, nad któremi ślęczą; te oczy przeważnie uzbrojone w okulary i binokle, odczuwało się mimowolnie, że to ludzie ciężkiej pracy, którym rzadko przyświeca radość. Takim był ogół, a wśród niego było dosyć osobników strojnych, wyświeżonych, z kwiatkiem w butonierce. Ci byli pewni siebie, i tylko bacznie śledzili przechodzących przełożonych, aby im złożyć głęboki ukłon, co im z dziwną łatwością przychodziło. Byli to wybrańcy losu, którzy cieszyli się protekcją, tak pod względem pensji, jak i pracy.
Pod oknem środkowem zgromadzili się opozycyjni. Skromnie ubrani, z surową twarzą, porozumiewali się cicho, przypatrując się pilnie zebranym. Wśród nich rej wodził Stański, mając w odwodzie Kudzyńskiego i Berkholca, a pod samem oknem stała Janina.
- Zaczynać!... Zaczynać! - odezwały się liczne głosy, tłumiąc szmer rozmów.
Na niskie podwyższenie, na którem stały dwa stoliki z nieodzowna karafką wody i szklankami, wszedł inspektor Kuliński, ubrany w czarny anglez, i z miną uroczystą chrząknął. Gdy uciszyło się cokolwiek, zaczął urzędowym głosem:
- Prawdziwy to zaszczyt dla mnie i komitetu, że na nasze wezwanie zebraliście się panowie tak licznie... Wiadomo panom, że idzie o założenie kolejowej kasy zaliczkowo-oszczędnościowej. Oszczędność, panowie, to najpożądańsza z cnót obywatelskich...
- Jeśli jest z czego oszczędzać - zawołał ktoś z głębi.
Mówca rzucił w tę stronę piorunujące spojrzenie, ubrał twarz w powagę, odchrząknął, i mówił dalej:
- Najważniejszą, powiem, najpierwszą cnotą jest...
- Niewinność - przerwał ktoś.
Zaśmiano się tu i ówdzie. Mówca pochwycił dzwonek, potrząsnął nim gwałtownie i zawołał:
- Panowie! przyszliśmy tu na ważną naradę, a nie na zabawę!
- Cicho!... dajcie spokój!... Bez żartów! - odezwały się łagodne głosy.
- Dużo pracy i zachodów kosztowało to komitet, aby doprowadzić do skutku rzecz tak nieobliczalnych korzyści dla ogółu panów urzędników. Ja... to jest komitet, spełnił swoje zadanie, przedstawiamy rzecz niemal gotową. Statut i zwołanie zgromadzenia... Teraz w ręce wasze, panowie, składamy owoce naszej ciężkiej pracy... Wybierzcie godnego waszego zaufania prezesem... ja spełniłem mój obowiązek.
Rozległy się huczne brawa i po chwili wstał przyjaciel Kulińskiego, również urzędnik szóstej rangi i przemówił:
- Sądzę, że będę wyrazicielem całego szanownego zgromadzenia, gdy postawię wniosek, ażeby inicjatora, zasłużonego pana inspektora Kulińskiego, uprosić na prezesa. On wziął w swe ręce tę sprawę, niechże prowadzi ją dalej. Stawiam wniosek, ażeby przez aklamację wybrać pana inspektora prezesem!
Zabrzmiały oklaski i rozpromieniony pan inspektor pewnym krokiem wstąpił na podwyższenie. Podziękowawszy za wybór, wezwał Gierlicza na sekretarza, i nudnym, jednostajnym głosem odczytał sekretarz statut kasy. Gdy skończył, zgłosił jeden z urzędników wniosek, aby wybrać komisję, któraby statut przejrzała i przedstawiła na następnem posiedzeniu. Wniosek przyjęto, jak również drugi dodatkowy, aby hektografowany statut rozdać uczestnikom przed zebraniem, celem lepszej kontroli.
Prezes zawiesił na jakiś czas posiedzenie, aby zebrani mogli się porozumieć w sprawie wyboru komisji.
W sali było gwarno, naradzano się, omawiano kandydatów, pisano kartki, udzielano sobie spostrzeżeń, ale ponad całem tem zajęciem górowało oczekiwanie czegoś niezwykłego i niespodziewanego. Słychać było zapytania, wątpliwości, zaprzeczenia. Może najbardziej zaniepokojonym i rozdrażnionym był obrany prezes, gdyż dziś jeszcze przy spotkaniu na korytarzu, powiedział mu dyrektor tonem suchym i urzędowym, nieznoszącym żadnej wymówki: "liczę na pana, że nie dopuścisz do żadnego skandalu".
Nie dopuścisz!? ale jak? Wprawdzie może odebrać mówcy głos, ale już samo poruszenie spraw drażliwych może dyrektor uważać za skandal. I po co było mu mieszać się do tej kasy? Jeszcze przed zgromadzeniem umówił się z Gierliczem, że obydwaj będą czuwali i pomagali sobie w razie zakłócenia porządku. Z tego powodu powołał go na sekretarza, ale czy to usunie niebezpieczeństwo? Patrzał bystro a niespokojnie po sali, szukał oczyma tego burzyciela porządku i różni wydawali mu się podejrzanymi. To też, gdy ktoś nieznany mu osobiście prosił o głos, pierwszem uczuciem była obawa, że może teraz wybuchnie skandal, wahał się, patrzał porozumiewawczo na Gierlicza i wreszcie z westchnieniem udzielał głosu.
Gdy przewodniczący zauważył, że zebrani prawdopodobnie porozumieli się dostatecznie, otworzył posiedzenie. Jeden z uczestników poprosił o głos w sprawie formalnej. To nie było nic niebezpiecznego, zdawało się przewodniczącemu, udzielił głosu Kudzyńskiemu, który w porozumieniu ze Stańskim postawił wniosek, ażeby przed wyborami otworzyć dyskusję nad statutem i zadaniem obrać się mającego komitetu, co ułatwiłoby pracę komitetowym i następne zgromadzenie przystąpiłoby do organizacji kasy. Odzywały się wprawdzie głosy przeciwne, ale ostatecznie wniosek Kudzyńskiego przeszedł.
W ciągu rozpraw przyszła kwestja żelaznego funduszu kasy i związana z tem sprawa założycieli.
Dyskusja była gorąca, wtem gdzieś w głębi sali odezwał się ktoś grubym basem:
- Proszę o głos.
Przewodniczący drgnął, zebrani spojrzeli w stronę żądającego, a Gierlicz spytał niepewnym głosem:
- Jak nazwisko?
- Walenty Kurak.
W mundurze służby kolejarskiej, podszedł bliżej blondyn, średniego wzrostu, z twarzą otwartą, szczerą i musnąwszy wąsa, spojrzał bystro na zakłopotanego przewodniczącego, mówiąc:
- Czy mam głos?
Udzielić? czy nie udzielić - to pytanie stanęło przed Kulińskim. Przecież żądający nie jest nietylko urzędnikiem, ale nawet podurzędnikiem, zwykły sługa kolei. I co za bezczelność zabierać głos tam, gdzie panowie urzędnicy radzą. Już nachmurzył się i przybrał minę obrażoną, gdy w sali, od okna, gdzie stała grupa Stańskiego, zawołano zachęcająco:
- Mówcie... przecież wy kolejarz!
- Mówcie! Mówcie! - powtórzono na sali.
Przewodniczący, ratując swą powagę, rzekł głosem urzędowym:
- Walenty Kurak ma głos.
Wśród powszechnego milczenia zaczął Kurak spokojnym, płynnym głosem:
- Radzimy nad funduszem zakładowym i są różne wnioski, a to, aby wyszukać bogatych założycieli, urządzić widowiska, odczyty, skłonić do składek, darów i inne różności. A mnie się widzi, że to puste gadanie...
- Bardzo dobrze! - zaśmiał się ktoś.
- Nie idzie o pochwałę pana - zwrócił się do przerywającego mu - ale o samą rzecz. Powiedzmy sobie prawdę, albo kasa potrzebna i pożyteczna, albo nie. Jeśli potrzebna, a taką jest, to niechże każdy z kolejarzy, uczestników kasy, zobowiąże się włożyć do kasy dziesiąty procent swej pensji w ratach miesięcznych. Mam ja siedemset koron rocznie, dam siedemdziesiąt do kasy. To będzie jedna połowa funduszu, a teraz idzie o drugą.
Zaczerpnął powietrza i spojrzał po zgromadzonych, którzy go pilnie słuchali, a teraz gdy umilkł, zachęcali:
- Dalej!... Słuchamy!
- Ta druga połowa należy nam się słusznie i sprawiedliwie od tego, co ciągnie zyski z przewozu towarów i ludzi...
Przewodniczący zaniepokoił się, już położył rękę na dzwonku, gdy ktoś zawołał na sali:
- Tak, tak, powinni płacić kupcy i przemysłowcy.
Te słowa uspokoiły go, usunął rękę z dzwonka, a Kurak dalej mówił:
- Wprawdzie kupcy ciągną zyski z przewozu, ale my pracujemy nie na nich i nie dla nich. Zyski wszystkie z kolei i z naszej pracy ciągnie przedsiębiorca rząd!
- Słusznie! Prawda! - zawołano pod oknem. Przewodniczący zadzwonił i rzekł tonem karcącym:
- Wzywam mówcę, aby trzymał się ściśle przedmiotu, mianowicie kasy.
- Właśnie o niej mówię - rzekł nieustraszony Kurak - i stawiam wniosek, abyśmy zażądali od naszego przedsiębiorcy dopłaty do naszej połowy z dziesiątego procentu.
W sali powstał gwar, jedni byli za, drudzy przeciw, zirytowany przewodniczący dzwonił, a gdy się uciszyło, przemówił:
- Podobnego wniosku nie mogę poddać pod głosowanie, ani zapisać do protokółu. My, kolejarze, musimy szanować rząd i siebie. Znana łaskawość rządu i opieka, którą nas otacza, wystarczą dla nas, kolejarzy, abyśmy pełnili naszą służbę wiernie i bez szemrania.
W sali rozległy się szmery to pochwalne, to przyganiające, nad nimi jednak zapanował ostry głos Stańskiego:
- W sprawie formalnej!
Po udzieleniu głosu zaczął Stański:
- Pomiędzy nami a panem przewodniczącym zaszło nieporozumienie nietylko formalne, ale i faktyczne. Istotną władzę posiada zgromadzenie, a przewodniczący jest tylko funkcjonarjuszem. W bardzo rzadkich wypadkach wolno mu odebrać głos mówcy, a mianowicie tylko wtedy, gdy mówca nie mówi do rzeczy mimo upomnień, gdy prawi niemoralne rzeczy lub szarpie sławę nieobecnych. Tymczasem przewodniczący chce zakneblować nam usta nawet na zgromadzeniu, czyż nie dość kagańca w biurze!? Krzesło przewodniczącego nie jest fotelem dygnitarza urzędującego, a my nie jesteśmy podwładnymi urzędnikami.
- Proszę o głos - zawołał ktoś z pierwszych krzeseł.
- Otóż kolega Walenty Kurak mówił rzeczowo - ciągnął dalej Stański - faktem też jest, iż rząd jest przedsiębiorcą kolei i jeśli od fabrykanta domagają się robotnicy pomocy i ją otrzymują, co mogę wykazać licznemi przykładami, to i my, kolejarze, mamy pełne prawo zwrócić się o pomoc do naszego przedsiębiorcy, rządu. Z tego powodu stawiam wniosek, który przewodniczący podda pod głosowanie, czy kolega Walenty Kurak mówił rzeczowo, czy nie?
Kuliński, słuchając mowy Stańskiego, drżał z gniewnego oburzenia, że taki młokos, mający dziesiątą rangę, śmie mu dawać nauki, lecz gdy posłyszał wniosek i spojrzał na salę, nie wątpił już o swej klęsce i szepnął z pasją do sekretarza:
- Łajdacki, chytry wniosek.
Pierwszą jego myślą było zrzec się przewodnictwa, ale z drugiej strony nadpłynęła wątpliwość, czy swem zrzeczeniem się uniknie odpowiedzialności wobec dyrektora, on, który podpisał odezwę. Wahał się, wtem upomniał się o głos zapisany pan Szajer, jego dobry znajomy, który na przyzwalający znak, zaczął:
- Postępowanie pana prezesa było słuszne. Wniosek pana Kuraka był nie do przyjęcia tylko ze względów formalnych, gdyż my urzędnicy, nie możemy ,,żądać od przedsiębiorcy, rządu", lecz jedynie "prosić wysoki rząd..." i formułuję wniosek pana Kuraka w ten sposób: zgromadzeni kolejarze upoważniają wybraną komisję do poczynienia stosownych kroków, celem wyjednania od rządu zapomogi kasowej.
- Tak! Tak!... bardzo słusznie! - rozległy się głosy.
Twarz prezesa rozjaśniła się, skinął przyjaźnie głową w stronę mówcy i rzekł z powagą:
- Wniosek pana Szajera, jako najdalej idący, uchyla tem samem inne wnioski. Kto jest za wnioskiem pana Szajera zechce wstać.
Większość wstała, co przewodniczący sprawdził z wielką przyjemnością. Dalsza dyskusja stawała się gorętszą, co prezes przypisywał zjadliwemu odezwaniu się Stańskiego, i od czasu do czasu rzucał groźne spojrzenia na niego. I nietylko prezes był niezadowolony, ale i dużo urzędników, bo nazwanie zwrotniczego Kuraka "kolegą", to przecież wyraźne zakusy socjalistyczne.
Już rozprawy ogólne nad statutem kasy miały się ku końcowi i miano przystąpić do wyboru komisji, gdy Stański poprosił o głos. Mimowolnie spojrzano z ciekawością na niego, a prezes zmarszczył brwi, przeczuwając nieprzyjemność i szepnął do sekretarza:
- Możeby odmówić, bo już późno.
- Nie wypada... dyskusja nie jest skończona - odmruknął Gierlicz.
Prezes westchnął i rzekł z rozmyślnem lekceważeniem:
- Pan... - wziął arkusz z nazwiskami od sekretarza - a tak... pan asystent - podkreślił tytuł - Stański ma głos.
Stańskiemu zabłysły oczy i poczerwieniał, zwłaszcza że ci i owi uśmiechnęli się z tytułu, ale Janina szepnęła mu:
- Bez polemiki... proszę was.
Uspokoił się i zaczął równym głosem:
- Pożyteczność kasy uznaliśmy wszyscy bez wyjątku, ale działalność jej będzie połowiczna, jeśli my sami, kolejarze, nie ujmiemy steru spraw naszych, tak materjalnych jak i moralnych. Z tego powodu należy polecić komitetowi statutowemu, aby w działalności kasy było jak najmniej formułek i przepisów biurokratycznych. Jeśli któremu z uczestników zachoruje żona, dziecko, potrzebuje na wpis, na ubranie, na zapasy zimowe i t. d., zarząd kasy powinien w dniu zgłoszenia żądania wysłać dwóch zaufanych kolegów do sprawdzenia i w danym razie bez próśb i protekcji wypłacić pożyczkę.
- Bardzo słusznie! Sprawiedliwie! Bardzo dobrze! - odezwały się liczne głosy, czem zachęcony Stański mówił dalej:
- Powołaniem do życia tego nieustającego komitetu zaufanych, przeprowadzimy szybką i skuteczną kontrolę pod względem materjalnym. Pozostaje druga połowa, nie mniej ważna, a może ważniejsza, a mianowicie moralna. Jesteśmy tu sami swoi i wszyscy wiemy, jak ciężką i odpowiedzialną jest nasza służba. Wymaga się od nas pracy nad siły, nad możność. Linje kolejowe powiększono, przybyły liczne rozgałęzienia, ilość pociągów towarowych i osobowych wzrosła w dwójnasób, ale liczby kolejarzy nietylko nie zwiększono, ale nawet umniejszono przez przyjmowanie zupełnie niezdolnych, protegowanych jednostek...
Ta krytyka, jakkolwiek w oczach nawet prezesa słuszna, przeraziła go jednak i zawołał porywczym tonem:
- Do rzeczy... Do rzeczy, panie Stański.
- Właśnie przystępuję - uśmiechnął się - otóż i ta nadmierna praca byłaby możliwa do zniesienia, gdyby nam nie zatruwano życia moralnego. Gdy kolejarz czuje, że nie podoła dłużej tej natężonej pracy i zechce urlopu, nie otrzymuje go, jeśli nie ma elastycznego karku, jeśli nie podoba się jego mowa, broda, sposób chodzenia, a nawet jego nos!
- Prawda! Doskonale! - zawołano z zadowoleniem.
Prezes, wobce tak jawnej niesubordynacji i braku uszanowania dla przełożonych, zawołał gniewnie:
- Jeśli pan będziesz mówił dalej w ten sposób, odbiorę panu głos.
- To będzie później, a teraz mówię - zaśmiał się. - Urlopy, to jedna tysięczna z krzywd. Pomijam inne, zatrzymam się tylko nad ogólną cechą moralną kolejarzy i ich stosunków służbowych.
- Do rzeczy!... Do kasy! - zawołał prezes.
- Otóż cechą kolejnictwa jest elastyczność... Zastosowanie praw, przepisów, pragmatyki, podlega prawu elastyczności. Jednemu uchodzi wszystko, drugiemu nic.
- Odbieram głos! - krzyknął prezes.
- Kto chce kolejarzem być, ten musi mieć elastyczny kark, być bezmyślnym, bez głosu, bez uszu, bez oczu, a na twarzy mieć maskę, aby nie znać było rumieńca wstydu i oburzenia.
- Przerywam posiedzenie - zawołał zrozpaczony prezes.
Wyżsi urzędnicy powstali, zaczęli krząkać, mruczeć, ale większość, wołając na przeszkadzających:
- Cicho!... Pst! Pst! - siedziała cicho, czem podniecony Stański mówił dalej:
- Czas skończyć z tą niewolą i obłudą. Lecz jeśli ktoś z nas sam jeden sprzeciwi się zasadzie elastyczności, zginie niechybnie. Inna rzecz, gdy wszyscy podamy sobie ręce. Otóż stawiam wniosek, aby komisja statutowa ułożyła ustawę, powołującą do życia nieustający komitet, któryby stał na straży naszych moralnych i materjalnych interesów.
Rozległy się huczne oklaski, a bliżsi i dalsi zbliżali się do mówcy, aby mu uścisnąć rękę.
Oburzony prezes stanął przy stoliku i zawołał:
- Wobec niewłaściwego i bezprawnego zachowania się...
- Zgromadzenia - zawołał ktoś, co wywołało śmiechy, z wyjątkiem kilkunastu wyższych urzędników i prezesa.
- Zachowania się pana Stańskiego, zrzekam się prezesowstwa.
- Zostań!... Prosimy!
Lecz pan inspektor dał głową stanowczy znak zaprzeczenia i zeszedł z podwyższenia. Obstąpiono go, ale napróżno proszono, nie dał się nakłonić i z kilkunastu innymi wyszedł z sali.
Wówczas obrano przewodniczącym Stańskiego, bo rozeszła się wieść, że on był istotnym inicjatorem zgromadzenia i kasy.
Uchwalono wnioski kasowe, wybrano komisję i komitet nieustający, a po zawiadomieniu obecnych, że za tydzień odbędzie się nowe zgromadzenie, uczestnicy rozeszli się spokojnie do domu.

Dodaj komentarz