Kolejarze
Rozdział VI
W poniedziałek zawrzało w biurach kolejowych od rozmów, roztrząsań, krytyk. Niżsi urzędnicy pochwalali, na ogół wziąwszy, wystąpienie Stańskiego; wyżsi uznawali rozum i takt Kulińskiego, ale wszyscy niedobrze wróżyli o przyszłości kasy, a nikt nie wątpił, że karjera Stańskiego utknęła, czyli wyrażając się po kolejarsku, została "zambrezowana" raz na zawsze.
Podniecenie w biurach wzrosło, gdy przyniesiono poranny dziennik postępowy, który donosił: "Nareszcie zrozumieli urzędnicy kolejarze, że tylko w silnej organizacji fachowej jest ich ratunek i przyszłość. Onegdajsze zebranie bardzo liczne jest dowodem solidarności fachowej i przynosi zaszczyt kolejarzom. Nie zabrakło też puszczyków i skrajnych, czarno-żółtych reakcjonistów, lecz rozum i społeczna potrzeba samoobrony wobec wyzysku i nadużyć, odparły zwycięsko ataki reakcjonistów, zmuszonych do opuszczenia sali wśród gwizdów i świstów"... Dalej następował opis posiedzenia kolejarzy, dość wierny, chociaż silnie zabarwiony radykalizmem.
Gazeta przechodziła z rąk do rak, czytano ją gorączkowo, komentowano i zastanawiano się, co zrobi z tym fantem dyrekcja? Jednak wyżsi urzędnicy wobec podwładnych zachowali swe codzienne, wyniosłe niedostępne miny. Udawali, że cała sprawa nic a nic ich nie obchodzi, gdy jednak inspektor, starszy komisarz budownictwa i Kuliński zeszli się przypadkiem w biurze, rzekł inspektor:
- No, panie Kuliński, pan może mówić o szczęściu - zaśmiał się - gdyby pan prezesował przy tym głupim wniosku jakiegoś tam asystenta, wyglądałbyś pan ładnie.
- Ach, panie inspektorze - westchnął zmartwiony Kuliński - szczerze żałuję, że wysłuchałem natarczywych próśb funkcjonarjuszy, ale kto mógł się spodziewać podobnej nieuczciwości i bezczelności.
- Wiecie panowie - przemówił otyły starszy komisarz, gładząc jedną ręką brodę, a drugą bawiąc się grubym łańcuszkiem złotym - tym drobnym rybkom za dobrze u nas. Pensja jest, pracy mało, wolności dużo, i oto skutki... Czytaliście też panowie tę podłą gazetę?
- Podrzucono mi, więc zajrzałem - powiedział inspektor, jakkolwiek sam postarał się o dziennik - i wstyd, że sprawy nasze, domowe, roztrząsają pismaki.
- Tak... to oburzające - zawołał Kuliński - i co im do kolejarzy, ale tym "rybkom", jak ich nazywa pan nadkomisarz, zachciewa się sławy... rozgłosu. Wszystko to głupia ambicja.
- Ale chciałbym widzieć minę starego - zaśmiał się starszy komisarz budownictwa, mając na myśli dyrektora - dopiero sapie i stęka...
- A ten Stański bedzie się miał - uśmiechnął się inspektor - a swoją drogą zalał sadła dyrektorowi, który uważa za punkt swego honoru subordynację i dyscyplinę podwładnych. A tu młokos, ni z pierza, ni z mięsa, szydzi i kpi z przełożonych.
- Ach, gdyby on mnie się dostał! - westchnął pan Kuliński.
- Nie zazdrościłbym mu tego - zaśmiał się komisarz.
Rozeszli się, a na kurytarzu spotkali śpieszącego się inspektora Lerche. Komisarz ze słowami:
- Gdzież tak śpiesznie? - wziął go za klapę surduta.
- Dajże mi pokój - uchylił się na bok - dyrektor mnie woła i śpiesznie poszedł.
W przedpokoju woźny, z całem poczuciem godności pilnował przedpokoju pana dyrektora, wsiał z lekkim ukłonem, a inspektor Lerche rzucił w przejściu słowa:
- Do pana radcy dworu.
Minął ładnie urządzoną poczekalnię, w której było kilku pokornych interesantów i zapukawszy do drzwi wszedł do jasnego, obszernego biura dyrektora, umeblowanego z pewną, kupiecką elegancją. Pod ścianą stał banalny garnitur mebli ze stolikiem, kanapką i fotelami, na ścianach wisiały fotografje i projekty dworców i trudniejszych partji drogi żelaznej, a przy biurku siedział dobrze szpakowaty mężczyzna z bystremi, stalowemi oczami, przed którym stanął wyprostowany jak żołnierz przy raporcie inspektor Lerche, mówiąc słodko:
- Pan radca dworu mnie wezwał?
Dyrektor zmierzył go zimnym wzrokiem i rzucił twardym głosem:
- Chcę dać panu dowód zaufania... Ten Kuliński niezły nawet urzędnik, ale... ale ambitny - szukał wyrazu i dodał po chwili - ale ambitny głupiec, dał się użyć do karygodnej propagandy... pan wie o czem mówię?
- Tak jest, panie radco dworu... zapewne o tem bezmyślnem zgromadzeniu sobotniem, na którem nie byłem.
- No, nie jest ono tak bezmyślne, to pomysł przebiegły i złośliwy. Najlepszy dowód ta podła gazeta - uderzył ręką w zmięty dziennik - którą mi umyślnie przysłano. To początek propagandy socjalistycznej - umilkł, czekając wrażenia.
Inspektor, nie wiedząc narazie co odpowiedzieć, westchnął żałośnie.
- Otóż nie trzeba rozdymać tej sprawy, raczej bagatelizować, bo mogłaby urość w siły. Narazie nic ona nas nie obchodzi i dlatego nie chcę żadnej dyscyplinarki, urzędowych dochodzeń, badań, gdyż gotowi donieść gazetom... ale pan wymaca sprawę i dojdzie sprężyny ukrytej. Ta kasa, to był pozór i o tem jestem przekonany, a szło o rozluźnienie dyscypliny, o zmowę, a może o strejk.
- Czyż oni ośmieliliby się!? - oburzył się inspektor Lerche.
Dyrektor z miną bolejącą westchnął i rzekł:
- W dzisiejszych czasach i z dzisiejszymi urzędnikami wszystko jest możliwe... dziś my niewolnicy, a oni panami - westchnął. - Zatem pan zręcznie wymacasz i zbadasz, co i kto w tem tkwi. Dowie się też pan, kto i jak przemawiał, jaki był przebieg zgromadzenia i naturalnie spisze pan wszystkie nazwiska.
- Dziękuję za zaufanie i spodziewam się, że nie zawiedzie się pan radca dworu.
- Tylko cicho, dyskretnie - upominał dyrektor.
- Rozumiem - ukłonił się inspektor.
- Prócz tego rozpuści pan zręcznie wieść, że ta kasa jest niezgodna z interesem kolejarzy i że sam zarząd zamierza utworzyć podobną kasę.
- Tak jest... wiem.
- W sprawie dziennika postara się pan o odpowiednie dementi w piśmie przyzwoitem, poważnem. Krótkie sprostowanie musi nosić cechę bezstronności i powagi, bo rzecz idzie o urzędników państwowych.
- Dobrze... postaram się, panie radco dworu.
- Napisane sprostowanie przejrzę, i byłoby dobrze umieścić je w dzisiejszem, wieczornem wydaniu.
- Rozumiem, panie radco dworu.
- To wszystko, co miałem panu do powiedzenia - skinął lekko głową na znak ukończenia audjencji.
Inspektor Lerche szedł przez kurytarz do swego biura z dumnie podniesioną głową. Z uśmiechem zadowolenia podkręcił wąs szpakowaty, czuł się podniesionym nietylko względami dyrektora, ale i posiadaną władzą nad urzędnikami, którzy wzięli udział w zgromadzeniu. Już on wywie się o wszystkiem nietylko co zaszło, ale i co zamierzają, i z wynikiem śledztwa pójdzie do dyrektora.
Ale wpierw musi napisać to sprostowanie do dziennika. Dyrektor żąda, aby było bezstronne i poważne. Dobrze, napisze i takie. Wszedłszy do swego biura zapowiedział, aby mu nie przeszkadzano i zamknął drzwi. Usiadł za biurkiem, rozłożył arkusz białego papieru, przygotował świeże pióro, i zaczął czytać poranny dziennik z opisem zgromadzenia.
Oburzył go ton dziennika i drwiny z urzędników taktownych i czujących swą godność, których nazwano puszczykami i czarno-żółtymi reakcjonistami...
Skończył czytanie, odrzucił dziennik, wstał, zapalił papierosa i przechadzał się po biurze, układając w myśli sprostowanie.
Spojrzał na zegarek, była godzina jedenasta. Ponieważ zwykle wychodził na śniadanie o dwunastej, postanowił szybko napisać sprostowanie, zanieść do dyrektora i wyjść.
Usiadł, napisał wielkiemi literami: "Sprostowanie!".
Namyślił się jednak, że taki tytuł jest zły, odrzucił arkusz, wziął świeży i napisał: "W imię Prawdy":
Lecz znów ,,Prawdą" nazywał się dziennik poranny.
Odrzucił arkusz, zaklął i postanowił samej dyrekcji zostawić tytuł.
Pisał, darł, znów zaczynał, przeklinał dyrektora, że wymaga od niego sprostowania i wreszcie po godzinnem zmęczeniu napisał artykuł. Z uśmiechem zadowolenia odczytał, a spojrzawszy na zegarek, wskazujący dwunastą, poszedł szybko do dyrektora, aby mu odczytać i pójść na śniadanie.
Dyrektor ujrzawszy wchodzącego podniósł na niego oczy i rzekł z uśmiechem:
- Nareszcie...
- Daruje pan radca dworu, ale...
- Proszę, czytaj pan.
Odchrząknął i zaczął czytać:
"Całe miasto, a zwłaszcza sfery miarodajne, zostały zaalarmowane bezczelną napaścią szmaty porannej, która jak na pośmiewisko nosi tytuł "Prawdy", a jest stekiem kłamstwa i podłości złośliwej, dążącej do zohydzenia stanu urzędniczego i podsunięcia mu nielojalnych uczuć względem rządu i bezpośrednich naczelników".
Inspektor spojrzał, jakie wrażenie robią jego słowa, lecz twarz dyrektora była zimna i obojętna, więc czytał dalej:
- Mała garstka niższych urzędników postanowiła wobec drożyzny miejskiej szukać pomocy we własnej oszczędności, nie domyślając się, że wszechstronna opieka i pieczołowitość rządu, za pośrednictwem dyrekcji kolejowej, zamierza utworzyć taką kasę...
- Dosyć panie inspektorze - zawołał surowym, profesorskim głosem dyrektor - to nie jest sprostowanie, którego żądałem... Proszę napisać krótko, węzłowato i poważnie, bez ironji i złośliwości... Czekam.
Inspektor skłonił się, wyszedł zły i gniewny. Zmiął w kieszeni arkusz zapisany i sapiąc poszedł do swego biura. Skrzyczał woźnego, że mu niedość szybko drzwi otworzył, groźnie spojrzał na podwładnych i zamknąwszy drzwi przechadzał się po biurze mrucząc:
- Pisać mi każe... czy ja pismakiem? gazeciarzem?... djabli wzięli apetyt, śniadanie... psia służba, gorszej niema na świecie...
- Gdy cokolwiek ochłonął z gniewu, począł i rozmyślać nad nieszczęsnem sprostowaniem.
Siadł, pisał, darł napisane... nagle przypomniał sobie, że przecież w dyrekcji jest adjunkt, przeciw któremu prowadził śledztwo, z powodu, iż podejrzewano tego młodego człowieka, gdy był na przestrzeni, że pisuje korespondencje nielojalne do jednego z pism.
A gdyby mu kazać napisać?... Jednak może to nie wypada, dyrektor jemu polecił i w rezultacie on już napisał, a że dyrektor nosem kręci, czy to jego wina?
Lecz jak tu wytłomaczyć adjunktowi przyczynę, że żąda się od niego napisania?
Znów zaczął pisać, ale nie szło, zaklął i nacisnął guzik dzwonka.
Woźnemu kazał poprosić adjunkta z wydziału ruchu.
Wszedł smukły, przystojny szatyn i skłoniwszy się czekał.
- Jestem dziś nadzwyczajnie zajęty - zaczął inspektor - a tu trzeba dać sprostowanie, rodzaj odpowiedzi na artykuł dziennika "Prawda"... Zapewnie pan czytał?
- Czytałem.
- Otóż prosiłbym pana, aby pan napisał bezstronne poważne sprostowanie. Rozumie pan?
- Rozumiem... ale co właściwie mam sprostować... zgromadzenie odbyło się mniej więcej tak, jak podano.
- Ach, pan tam był? - uśmiechnął się.
- Byłem.
- To dobrze, pogadamy o zgromadzeniu, bo jestem ciekawy przebiegu i żałuję, że nie byłem... Ale przedewszystkiem sprostowanie...
- Dobrze... ale czego?
- Hm... widzi pan, takie wyrażenia, jak: "puszczyk", dalej "czarno-żółty reakcjonista"... no, i ten ton socjalistycznej radości, gdy kolejarzom chodziło tylko o własny interes, a nie o ideę socjalistyczną.
- Czy nie było tam socjalizmu? - uśmiechnął się - tego dobrze nie wiem.
- No, no, dajże pan spokój - oburzył się inspektor - tegoby jeszcze brakowało, aby urzędnicy państwowi... nie, to niemożliwe... Otóż napisz pan coś w rodzaju obrony, czy coś takiego... pan wiesz już...
- Ostatecznie ton "Prawdy" nie był właściwy i jeśli pan inspektor sobie życzy...
- Tak jest, nawet proszę o napisanie i... przeczytam.
- Dobrze.
- Ale pośpiesz się pan... czekam.
Gdy adjunkt wyszedł, inspektor zaniepokojony zapalił papierosa i rozmyślał o sprostowaniu i zgromadzeniu. Taki młodzik, co to nie ma biura całego na głowie, może napisać... on poprawi, no i pozbędzie się kłopotu. Ale w tem zgromadzeniu tkwi coś złego, nawet się nie oburzył ten adjunkt, gdy wspomniałem o socjalizmie. Coś w tem jest i muszę dojść. Sprawa poważniejsza, aniżeli przypuszczałem, rozmyślał inspektor, a przed oczyma jego stanęło widmo socjalizmu... bezrząd, niema wojska, policji, żandarmerji; prawa zdeptane, urzędy rozpędzone, orgia kobiet i mężczyzn, kościoły zhańbione... Wzdrygnął się inspektor, a wtem wszedł adjunkt.
- Już? - zdziwił się szczerze.
- Gotowe.
- Dziękuję... proszę mi zostawić, przejrzę czy dobrze.
Adjunkt położył arkusz na biurku i wyszedł.
Po jego wyjściu pochwycił inspektor arkusz, przeczytał, wzruszył lekceważąco ramionami i mruknął:
- Właściwie to nie jest sprostowanie... moje sto razy lepsze... no, zobaczymy, co on powie... za dziesięć pierwsza.
Szybko przepisał, poszedł do dyrektora i czytał:
"Ze strony kolejarzy otrzymujemy wyjaśnienie, że opis onegdajszego zebrania kolejarzy, umieszczony w "Prawdzie", nie jest ścisłym w szczegółach, a zwłaszcza w ogólnym tonie rozpraw. O socjalizmie, o fachowej organizacji nikt ze zgromadzonych nie wspomniał, a tem mniej nie było gwizdów, sykań, naśmiewań się, gdy garstka uczestników opuściła salę w późniejszej godzinie, zapewne w celu posilenia się po wrażeniach".
- Zaraz panie inspektorze - przerwał mu dyrektor - wykreśl pan to posilenie się po wrażeniach... niepotrzebne... proszę jeszcze raz odczytać.
Inspektor usłuchał i czytał dalej:
"Zgromadzenie kolejarzy uchwaliło założenie kasy i postanowiło rozciągnąć opiekę moralną i materjalną nad ogółem pracowników kolejarskich, bez ubocznych względów na stronnictwa tak polityczne, jak i społeczne"... Skończyłem panie radco dworu.
- Teraz lepiej - pochwalił dyrektor - jest takt, powaga i bezstronność... dziękuję panu... i zaraz odesłać do redakcji... Ale, ale, dodaj pan przy końcu: jak przystało na urzędników państwowych szanujących swą godność.
Inspektor będąc na kurytarzu mruknął drwiąco:
- I temu durniowi to się podobało... takie nic, bez ognia, bez siły... no, no i pracuj tutaj.
Inspektor Lerche zajął się pilnie w następnych dniach badaniem historji zgromadzenia. Otrzymał spis uczestników z wymienieniem kto i w jakim duchu przemawiał. Równocześnie rozpuścił wieść, że dyrekcja dlatego nie zajmuje się pilnie kasą przyszłą i nie będzie jej otaczała swoją opieką, gdyż są wiadomości pewne, iż sam rząd założy podobną kasę i nie poskąpi potrzebnych funduszów.

Dodaj komentarz