Kolejarze
Rozdział VII
Już na drugi dzień dowiedział się inspektor Lerche, że inicjatywa kasy i zgromadzenia wyszła od grupy ludzi, młodych urzędników, a mianowicie od Stańskiego, Berkholca, Schillinga, Kudzyńskiego i Gierlicza, a reszta, tak z delegacji, jak i z wybranej komisji i komitetu, byli wciągnięci. Nie rozumieli i nie znali celu zgromadzenia, a wystąpienie Stańskiego było niespodzianką dla nich.
W środę przystąpił do przesłuchania, i wpierw postanowił pociągnąć do badania mniej winnych, a dopiero po obciążających Stańskiego szczegółach, które spodziewał się odkryć, wezwać go do siebie. Zasiadł w swym pokoju, za biurkiem na fotelu z miną surowego sędziego i kazawszy zawołać Gierlicza, przemówił:
- Dyrekcja dowiedziawszy się o antiurzędowej, antipaństwowej agitacji wśród urzędników, postanowiła zbadać sprawę i stosownie do wyników śledztwa postąpić z winnymi przekroczenia przewidzianego w ustawach. Wezwałem pierwszego pana, gdyż pan ma stanowisko, ma pan żonę, dzieci, dotychczasowa służba pana była, jak widzę z aktów osobistych, nienaganna i przykro pomyśleć, że pan swem zachowaniem się popsuł sobie karjerę... Jedynie szczerem wyznaniem prawdy może wyjść pan cało z tej sprawy.
Gierlicz słuchając tej przemowy pobladł, w niczem nie czuł się winnym. Wprawdzie przez ciekawość został do końca posiedzenia, ale głosował przeciw wnioskom Stańskiego. W umyśle jego przemknął się obraz przyszłości... zostaje przeniesiony z miasta, gdzie kształcą się dzieci, gdzieś na przestrzeń, na zapadłą stację, wytaczają mu dyscyplinarkę, nastąpi kara, a już o jakimkolwiek awansie ani marzyć. Zadrżał i rzekł głosem pokornym:
- Panie inspektorze, Bóg mi świadkiem, że nie poczuwam się do żadnej winy... Wiem, że jestem urzędnikiem, wiem, że z łaski rządu mam kawałek chleba... gdzieżbym występował przeciw rządowi, przeciw państwu!? Wszystko powiem, niech pan inspektor pyta.
- Skąd panu przyszła myśl o kasie i zgromadzeniu?
- Przyszedł do mnie Stański i Schilling, namawiali i prosili, obiecywali złote góry... wreszcie nakłonili mnie, że poszedłem w deputacji. Ponieważ wszystko miało iść drogą urzędową, zażądałem od nich, aby pan inspektor Kuliński był prezesem, a pan dyrektor, radca dworu, udzielił pozwolenia.
- I nikt więcej nie namawiał pana?
- Czy nikt? - namyślał się - owszem i Berkholc i Kudzyński tłómaczyli mi konieczność założenia kasy i dziękowali za deputację.
Zaczęły się szczegółowe pytania, kto, co, i jak mówił przed, w czasie i po posiedzeniu, i wreszcie wypuścił inspektor z pokoju zmęczonego, spoconego i przerażonego Gierlicza.
Następnie wezwał Schillinga, który miał od swych przełożonych niezbyt pochlebne uwagi, tak co do swej pracowitości, jak i zachowania się. Stanął przed nim blondyn, wysoki, lekko pochylony, z wiecznym uśmiechem napół szyderczym, napół wesołym, na swej semickiej twarzy.
Po przedwstępnych badaniach spytał inspektor:
- W jakim celu namawiałeś pan do założenia kasy?
- Ja potrzebuję i moi koledzy taniego kredytu, my nie mamy wysokich pensji, ale mamy wielkie potrzeby, jak zwykle młodzi - zaśmiał się.
- Należy się oszczędzać, żyć stosownie do dochodów - upomniał inspektor.
- To są słowa - uśmiechnął się - nikt nie żyje stosownie do swych dochodów, nawet taki Rotszyld nie wydaje tyle, ile może, a pan inspektor tyle, ileby chciał.
- Wypraszam sobie porównania - rzekł surowo inspektor - proszę mi powiedzieć, jakie były zamiary pana, gdy pan żądał komitetu ochrony?
- Panie inspektorze; nasze zgromadzenie nie było żadną czynnością urzędową i nie potrzebuję zdawać sprawy, co sobie myślałem.
- Ale ja pytam - zawołał inspektor - mam prawo, jako przełożony.
- A ja, jako wolny obywatel, mam prawo odmówić wyjaśnień.
- Pytam jako podwładnego urzędnika.
- Panie inspektorze, na co te irytacje? - uśmiechnął się - w służbie ma pan prawo, ale co panu do moich prywatnych interesów? A to była moja prywatna przyjemność, ten komitet nieustający.
- Zatem pan odmawia odpowiedzi? - pytał wzburzony.
- Jakto? - panie inspektorze, a przecież odpowiadam.
- Panie Schilling, strzeż się pan - przemówił groźnie - ta sprawa źle się skończy.
- Co ja temu winien? Czy to mój referat? - uśmiechnął się.
- Pan ryzykuje swoją posadę.
- Panie inspektorze, niech się pan nie obawia o moją posadę, ona pewna.
- No, zobaczymy - rzekł z gniewem.
- Dobrze, niech i tak będzie.
- Może pan iść.
- Sługa pana inspektora - skłonił się i wyszedł.
Inspektor wstał z krzesła, czerwony z gniewu, i rzekł z pasją:
- Tego durnia nauczę rozumu i przyzwoitości.
Jakiś czas chodził po pokoju, przystanął przy biurku i z uwagą przerzucał osobiste akta Schillinga. Wszyscy przełożeni skarżyli się na jego impertynencję i brak służbistości, a jednak Schilling awansował i teraz również zajmuje dobrą posadę.
Inspektor znał za dobrze arkana dyrekcji, aby na chwilę wątpić, że Schilling cieszy się protekcją.
- Teraz ci dojadę jednak - uśmiechnął się zadowolony - już ja cię opiszę.
Wziął do ręki sprawozdanie z przebiegu zgromadzenia i znalazł, że Schilling istotnie przemawiał podburzająco i z kpinami wyrażał się o przełożonych i dyrekcji.
- Dam ci wolnego obywatela - zaśmiał się i zatarł ręce.
- Ma protekcję, to widoczne - rozmyślał - ale żeby miał nie wiem jaką, dam mu radę.
Spojrzał na zegarek, była godzina jedenasta, i osądził, że do śniadania przesłucha jeszcze jednego z obwinionych. Znał dawniej Berkholca, wiedział, że jest synem restauratora ze stacji, że nie ma, podobnie jak Schilling, żadnych studjów, tego można zastraszyć. Uśmiechnął się i posłał woźnego do Berkholca, któremu Schilling zdołał już po przesłuchaniu szepnąć, o co idzie sprawa. Wszedł pokorny, z niskim ukłonem i szepnął prawie:
- Pan inspektor co rozkaże?
- Panie Berkholc, znam pana. Na prośby ojca przyjęto pana na kolej, a pana stanowisko jest wątpliwe. Są tu poważne oskarżenia... pan chciał podać memorjał do ministerjum... miał pan jakieś zmowy... spiski...
Berkholca przeraził głównie memorjał... kto mógł zdradzić? Tylko trzy osoby: Stański, Kudzyński i Trawecka. W tej chwili zapomniał, że sam mówił na zgromadzeniu, że skoro nie pomoże komitet, należy podać memorjał do ministra. Z natury mściwy i bojaźliwy, postanowił uratować siebie, a na wspólnikach się zemścić; wpierw jednak chciał wybadać, o ile inspektor jest wtajemniczony.
- Ja, panie inspektorze, miałem na myśli tylko prośbę, a nie żaden memorjał... a czy prośby nie wolno pisać?
Inspektor spostrzegł, że słowo memorjał zrobiło wrażenie i postanowił korzystać z tego.
- Panie Berkholc, mam dowody, że pan podałeś projekt memorjału i nie rób pan kłamcami swych przyjaciół... a pan, jako urzędnik, rozumie, że co innego memorjał, a co innego prośba... Uprzedzam pana, że dyrekcja wie dużo, a jedynem wyjściem dla pana jest otwarte przyznanie się do winy... Jak było zatem z tym memorjałem?
- Alboż ja wiem?... Powiedziałem to słowo tak sobie, bez żadnej myśli.
- Tak? - uśmiechnął się inspektor - czy i bez myśli skargi na całą dyrekcję?
Teraz nie wątpił Berkholc, że ktoś zdradził, więc przystępując bliżej do biurka, rzekł zniżonym głosem:
- Jeśli ja powiem całą prawdę, czy będę pociągany do odpowiedzialności?
- O ile pan wyzna prawdę bez żadnego ukrywania i ja się o tem przekonam, ręczę, że dla pana nie będzie to miało złych następstw.
- Czy pan inspektor ręczy słowem honoru?
Inspektorowi zabłysły oczy; a więc tam było coś ważnego, on jest już na tropie jakiejś tajemniczej sprawy. Gdy odkryje, czeka go uznanie, a może order? I bez wahania rzekł:
- Daję panu słowo... Słucham.
- To było tak... Stański przyszedł do mnie i powiada, że w ważnej sprawie kolejowej chce ze mną się naradzić i dodał, że będzie i Kudzyński. Pan inspektor wie, że ja żyd i koledzy niechętnie ze mną się wdają, to wezwanie Stańskiego i Kudzyńskiego było mi przyjemne, no i ja zgodziłem się. Czy pan inspektor na mojem miejscu, za co bardzo przepraszam, postąpiłby inaczej?
- Co zrobiłbym, to inna rzecz... cóż było dalej?
- Tak więc nas trzech poszło do mieszkania manipulantki Traweckiej...
Inspektor nastawił uszu. A więc rola niema Traweckiej w deputacji miała głębsze przyczyny? Dodał więc zachęcająco:
- O Traweckiej wiemy, była w delegacji... zatem zeszliście się u niej...
- Tak jest... tylko, że nie w jej pokoju, ale lokatora Wapieńskiego...
- Któż on taki?
- Jakto, czy pan inspektor nie słyszał o nim? Florjan Wapieński, organizator robotników, czy teraz wie pan inspektor?
Wprawdzie nazwisko to słyszał inspektor pierwszy raz, ale udał, że wie, i dodał:
- Tak, tak... przypominam sobie, proszę dalej...
- Stański i Kudzyński zaczęli narzekać na wyzysk i przeciążenie, jeden podał projekt odezwy do kolejarzy, aby się gromadnie oparli, to był Stański, a Kudzyński chciał rozwinąć agitację - umilkł na chwilę.
- A cóż Trawecka? - spytał inspektor.
- Ona?... była przeciwna agitacji, bo już próbowała i nie udało się...
- A pan podał projekt memorjału - rzekł inspektor.
-To tylko tak sobie, in der Hitze des Gefechtes - uśmiechnął się blado - mówią inni, to i ja, czy nie tak?
- A kto podał projekt kasy? zgromadzenia?
- Na to przyszedł pan Wapieński, socjalista, on dał projekt kasy, jako pozór dla zgromadzenia, i radził wystąpić ze skargami. Ja i Kudzyński odmówiliśmy, a Stański zdecydował się na mowę...
- A Trawecka?
- Ona była zachwycona i projektem Wapieńskiego i przemową Stańskiego. Czy taka kobieta zastanawia się kiedy?
- Na czemże stanęło?
- Miała być kasa i zwołanie zgromadzenia, a Stański miał mówić.
- To już wiemy - rzekł obojętnie inspektor - któż więcej należał do tego spisku?
- Ja nic nie wiem... to już Stański robił... ja nic.
- I pan nie agitował - uśmiechnął się drwiąco inspektor. - A my wiemy, że pan był bardzo czynny. Przyrzekł pan mówić prawdę, więc cóż?
- To już powiem... chodziliśmy razem i do urzędników ruchu i Stański namówił Jarkowskiego do deputacji...
- A kto sprowadził Osteckiego z towarowej do deputacji?
- Słyszałem, że Stański z Kudzyńskim chodzili.
- A kto Trawecką?
- Ona sama chciała... nu, panie inspektorze, ja już wszystko powiedziałem, ale ja mam słowo pana inspektora. Czy nie tak?
- Jeszcze mi pan powie, co oni zamierzali zrobić przez wybór komitetu nieustającego?
I Berkholc, raz ugrzązłszy w oskarżaniu wspólników, powiedział wszystko, nietylko o czem wiedział i słyszał, ale i to, czego się sam domyślał.
Po odejściu Berkholca, inspektor Lerche zadowolony ze zwierzeń tegoż, uśmiechnął się dumnie. Więc to był zamach socjalistyczny na kolej państwową, a więc na państwo i rząd. I to on odkrył! Inspektor Lerche! Tak jest, on posiada ogromne zdolności na sędziego śledczego. Bez gróźb, krzyków, bez więzienia, odkrył rozgałęziony spisek. I to było u Traweckiej... Przypomniał sobie jej śliczną twarz, niewinne oczy, dziewiczą figurę i westchnął głęboko, gdyż ta ładna dziewczyna ma kochanka. Tak, to jasne, że ma, tylko który z dwóch? Czy Stański, czy też ten socjalista? Zajrzał do swych notatek i odczytał: Florjan Wapieński. A może ci dwaj razem, wszak na świecie wszystko możliwe. I ktoby się był spodziewał, ażeby ta dziewczyna, na pozór uosobienie cnoty i niewinności, miała aż dwóch, a w każdym razie jednego. Tak, kochankiem jest Stański, gdy go wprowadziła tak śmiało do mieszkania Wapieńskiego... albo też ten socjalista jest kochankiem i pozwolił pokoju swego na spisek.
Wszystko on wykryje... Więc takie bezeceństwa dzieją się w dyrekcji? Manipulantka ma kochanka, a udaje cnotliwą i przychodzi, siada, pracuje, jakgdyby była najgodniejsza szacunku. Tego przecież dyrekcja nie może ścierpieć...
Wprawdzie przyszło mu na myśl, że i urzędnicy nie są święci... no i o manipulantkach mówią to i owo, o ich protektorach... ale ta Trawecka taka ładna i udaje niewinną... a może to lepiej, że ma kochanka, będzie przystępniejsza... No, zobaczymy, mruknął, a że była godzina śniadaniowa, wyszedł na miasto.
W biurach szybko rozniosła się wieść, że dyrekcja pociąga do odpowiedzialności za mowy, wygłoszone na zgromadzeniu, a zgnębione miny Kulińskiego i Gierlicza wskazywały, że sprawa bierze zły obrót. Gdy Berkholc zjawił się po przesłuchaniu, ciśnięto się do niego, aby dowiedzieć się o szczegółach. Między innymi, przyszedł do niego i Stański, a na jego pytanie, co było, odpowiedział Berkholc opryskliwie i z wyrzutem:
- To wasza sprawka... Lerche wie wszystko, no i posypią się dymisje... zobaczysz.
- Że on wie o przebiegu zgromadzenia, to nic dziwnego, nie mamy przecież nic do ukrywania...
- No, no, zobaczysz... wie o Jarkowskim, Osteckim.
- Strach cię obleciał - zaśmiał się - byli obaj w delegacji... a mówił co o mnie?
- Wie, żeś był inicjatorem.
- Tyle? - wzruszył ramionami - to nie zbrodnia... czy pytał o Trawecką?
- Nic nie pytał, ale dużo wie o niej, jak zmiarkowałem.
- Tak?... A dałeś jej znać?
- Nie i nie chcę mieszać się do tych spraw.
Na to nadszedł Schilling z uśmiechem:
- Cóż, Berkholc? Stchórzyłeś?
- Ja? Może ty, ale ja mu nagadałem impertynencji...
- No, no, ty?... Zawsze miałeś boja przed dyrekcją - zaśmiał się - i pewno wyśpiewałeś...
- Ty mnie obrażasz - zawołał Berkholc - pewno sam wygadałeś...
- Wiesz co, Berkholc, jeśli ty nie powiedziałeś wszystkiego, co wiesz i czego nie wiesz, to Lerche jest osioł kwadratowy.
- A was o co pytał? - wmieszał się Stański.
- Ja mu powiedziałem, że zgromadzenie to moja prywatna przyjemność - śmiał się - ja drwię sobie z jego protokółu i z całej szajki przełożonych, co oni mogą mi zrobić?
- Dadzą dymisję - rzekł Stański.
- Nie Schillingowi, co najwyżej przeniosą mnie na lepszą posadę - zaśmiał się.
Stański zabierał się do wyjścia, a Schilling spytał:
- Zaczekajcie... gdzie idziecie?
- Chcę Trawecką uwiadomić o protokółach.
- Pójdę z wami.
Weszli do biura w chwili, gdy Wilmański już opowiedział o śledztwie, a Borski rzekł niezadowolony:
- Panu zawsze w głowie wnioski, jakieś śledztwa, dochodzenia... Dyrekcja zna jedną formę: dyscyplinarkę.
Schilling posłyszał to zdanie i zawołał ze śmiechem:
- Wy, panie Borski, ze starej szkoły i ze starej dyrekcji, a teraz zamiast dyrektora mamy generałgubernatora.
Wszyscy obejrzeli się z obawą, a Borski powiedział:
- I ściany mają uszy... mów pan tak w swojem biurze.
- Dobrze... powiem. Czy wiecie już o śledztwie inspektorskiem?
- A co, nie mówiłem!? - zawołał Wilmański - kolega Schilling potwierdza.
- Zwłaszcza, że był przesłuchiwany - dodał Stański.
- Pan!? - i Borski obrócił się z krzesłem w stronę rozmawiających.
- No, ja - śmiał się Schilling - i nie zjadł mnie, jak widzicie. Nie dziw się pan, panie Borski, takie czasy.
Ten żart nie podobał się Borskiemu, rzekł więc z powagą:
- Nie dziwię się, panie Schilling, bo dyrekcja nie zjada koszernych... tylko nas, nieczystych.
Wszyscy się zaśmiali, a Schilling starał się odciąć, nadrabiając miną:
- To dobry koncept... powiem to Berkholcowi, bo on się boi.
- Więc i Berkholc już był? - spytała żywo Janina.
- Będziecie i wy - odpowiedział jej Stański - i z tem przyszedłem właśnie do was.
- Co mówił Berkholc? - zaniepokoiła się Janina.
- Nie mogłem dojść, taki był rozdrażniony i przerażony.
- Ja znam moją rasę - śmiał się Schilling - i jeśli Lerche zagroził mu dyscyplinarką, karą... już on siebie ratował.
Janina i Stański zamienili ze sobą niespokojne spojrzenie, co dostrzegłszy Schilling, dodał:
- Jeśli macie jaką tajemnicę z Berkholcem, to ona już nią nie jest.
- Jak można mówić tak źle o koledze nieobecnym? - oburzyła się Janina, co inni przyjęli z uznaniem.
- Ja nie winię Berkholca - uśmiechał się szyderczo Schilling. - Pan Bóg stworzył go tchórzem, ale winien Lerche, że go straszył.
Zaśmiano się, a Wilmański spytał:
- A z wami, Schilling, jak było?
- I mnie groził utratą posady, ale ja uspokoiłem jego obawy.
- Bardzo wierzę - mruknął Borski - panu nic nie będzie i może pan kpić z inspektora, co innego my.
- Ja taki, jak wy - rzekł Schilling - i nie rozumiem pana, panie Borski. Pan mnie obraża.
- A ja wcale nie byłbym obrażony - zadrwił Borski - gdybym miał plecy firmy Silberlust et compagnie.
Schilling zmieszał się lekko. Zdawało mu się, że nikt nie wie, iż Silberlust jest jego dziadkiem po matce i że wpływom tej firmy zawdzięcza swe stanowisko i bezkarność. Dotychczas chciał uchodzić i uchodził za bardzo śmiałego urzędnika wobec przełożonych i ta aureola była jego dumą. Teraz, po słowach Borskiego, może urok zniknąć, chcąc więc czem prędzej zatrzeć wrażenie, zawołał wesoło:
- Pan Borski złośliwy, ale nie mam mu tego za złe, bo on zawsze dowcipny.
- Słuchaj, Schilling, a nie widziałeś Gierlicza? - spytał Wilmański.
- Jest tak zmięty, jak prześcieradło po śnie - zaśmiał się.
Tymczasem Stański nachylił się ku Janinie i szepnął:
- Jak najmniej o komitecie i jego przeznaczeniu.
- Rozumiem.
- Mówcie tylko o tem, co było na zgromadzeniu, o niczem więcej.
- Dobrze.
- Moi panowie - rzekł Borski - może dosyć narad, za chwilę wróci naczelnik.
- Chodźmy - powiedział Stański, idąc ku drzwiom.
Po ich wyjściu, spytał Wilmański Borskiego:
- O jakiej to firmie mówiliście?
- O żydowskiej - odmruknął zniecierpliwiony - i nie przeszkadzaj mi pan.
W chwili, gdy naczelnik rozmawiał z Borskim o załatwieniu pewnej sprawy urzędowej, wszedł woźny, a zwracając się do naczelnika, meldował:
- Pan inspektor Lerche prosi do swego biura pannę Trawecką... zaraz.
Naczelnik spojrzał drwiąco na zarumienioną i rzekł:
- Nowa deputacja... może pani iść, a robota niech czeka zmiłowania - westchnął.
Janina, będąc przekonaną, że inspektor prócz jej udziału w deputacji i bytności na zgromadzeniu, nic nie wie, szła pewna siebie. Jednak tuż przed wejściem do pokoju inspektora zdjął ją lęk i poczuła zimny dreszcz. Przemogła się jednak i śmiało weszła.
Spojrzał na nią chmurny, ledwie skinął głową i nie prosząc nawet, aby usiadła, przemówił tonem urzędowym:
- Dyrekcja została uwiadomiona, że wśród personelu szerzy się występna agitacja, uwłaczająca urzędnikom i niebezpieczna dla normalnego funkcjonowania spraw kolejowych... Mamy wiadomości, że pani bierze udział w tej agitacji. Czy przyznaje się pani?
- Nie brałam żadnego udziału.
- To dziwne - uśmiechnął się ironicznie - a jednak była pani jako deputatka.
- Byłam.
- I na zgromadzeniu również?
- Tak jest.
- Zatem brała pani udział?
- Bierny.
Inspektor, jakkolwiek doskonale znał akta osobiste, przerzucił je i rzekł:
- Dwa lata służy pani w dyrekcji, zdała pani egzamin, a jednak nie otrzymała pani podwyżki pensji. Czem pani sobie to tłómaczy?
Na ustach miała już gotową odpowiedź w dwóch słowach: brak protekcji, ale wstrzymała się i odpowiedziała tonem urzędowym:
- Przyczyna nie jest mi znana.
- Widocznie przełożeni musieli coś dostrzedz niewłaściwego u pani pod względem moralnym, a zarządzone przez dyrekcję badania wykryły, że mieli słuszność.
- Ja postępowałam niewłaściwie? - zdziwiła się szczerze - ale kiedy? jak? co?
- Kontrolę nad urzędnikiem rozciąga się nietylko w biurze, ale i nad jego życiem prywatnem.
- Moje prywatne życie!? - uśmiechnęła się - ono nie potrzebuje się obawiać i najostrzejszej kontroli, o ile ta zresztą jest uprawniona.
Tyle prawdy i szczerości było w jej głosie, że inspektor poczuł lekkie współczucie, zwłaszcza że Janina była ładna i młoda; postanowił jednak nie poddawać się wrażeniu i rzekł sucho:
- Urzędnik powinien być czysty, jak łza... pani jesteś urzędnikiem, a na pani ciążą poważne plamy, co, zdaje się, uniemożliwi dalsze urzędowanie przy kolei.
Janina przybladła, nie ze strachu, jak przypuszczał Lerche, ale z oburzenia, gdyż poczuła w tonie że owe plamy dotyczą jej prowadzenia się. Zarumieniła się i rzekła porywczo:
- Gdyby były jakiekolwiek "plamy" w mem postępowaniu, sama porzuciłabym biuro, nie czekając na pogróżki pana inspektora. Lecz zarzucanie mi "plam" bez dowodów jest... nieuczciwością.
Janina była tak piękna w swem oburzeniu, miała taki ogień w oczach, głos brzmiał tak szczerą skargą, że inspektor przerażony rzekł dobrotliwie:
- No, nie unoś się pani, pogadamy spokojnie... proszę, usiądź pani.
Janina usiadła i spytała:
- Czy przesłuchanie jeszcze nieskończone?
- Dopiero początek - uśmiechnął się z powagą - wyznaniem prawdy zmniejszy pani swą winę... i wierz mi pani, że pragnę ją usprawiedliwić. Otóż co pani wiadomo o zmowie, która poprzedziła projekt założenia kasy?
- Nic.
- Jeszcze raz proszę o prawdę... wiemy, że w urzędzie pierwszy pan Stański rozpoczął agitację za kasą, ale już poprzednio wciągnął na schadzkę prywatną urzędników. Czy tak?
- Pan Stański jest pełnoletni i on sam za siebie odpowiada, a postawione pytanie dotyczy jego osoby.
W umyśle inspektora powstała wątpliwość, czy istotnie Stański jest kochankiem Janiny, uczuł nawet pewną przyjemność w tej wątpliwości, jednak chciał się dowodnie przekonać i przemówił:
- Jestem starszy człowiek, rozumiem siłę uczucia i jestem przekonany, że pani tylko pod wpływem uczucia i gorących próśb uległa żądaniu pana Stańskiego i otwarła swe mieszkanie na schadzkę i zmowę kolejarzy.
Teraz Janina naprawdę nietylko się zdziwiła, ale i przeraziła tą wiadomością o ich tajemnej zmowie. Ze słów inspektora dowiedziała się, że Stański jest i będzie ofiarą urzędowego badania, a przecież ona pierwsza namawiała i wyszukała Stańskiego i czy ma pozwolić, aby niewinny cierpiał? Po krótkiem więc milczeniu, spytała:
- Czy może mi pan inspektor powiedzieć szczerze, co grozi panu Stańskiemu?
Żądło zazdrości ukłuło inspektora, rzucił na nią złem okiem i rzekł sucho:
- Radzę pani najpierw myśleć o własnem usprawiedliwieniu... a co do pana Stańskiego, prawdopodobnie czeka go uwolnienie ze służby.
- Uwolnienie!? - zawołała - i za co? Zgromadzenie nie było urzędowaniem!?
- On był sprężyną wszystkiego w urzędzie, a pionkiem w ręku wrogów państwa i społeczeństwa... ale nie o to idzie... zatem pan Stański namówił panią?
- Nie... ja sama namówiłam go, abyśmy zjednoczonemi siłami oparli się niesprawiedliwości i wyzyskowi.
Jakże ona go kocha, pomyślał z goryczą inspektor, całą winę przyjmuje na siebie, byle on, ten ukochany, nie ucierpiał. Może to jednak tylko wykręt, pewno mają się pobrać, ona jako manipulantka, traci po zamążpójściu posadę, a on utrzyma się na służbie, rzekł też tonem sędziego:
- To są tylko słowa... gdzie dowód? - wtem spostrzegł się, że wypadł z roli, gdyż przyznanie do winy należy mu przyjąć i zaprotokółować, dodał też: - zatem dwa piękne duchy spotkały się; i kiedyż to było?
Janina postanowiła powiedzieć całą prawdę, byle niewinny nie był za nią karany.
- Każda niesprawiedliwość mnie oburza, a więc i w urzędzie. Jako środek zaradczy, uważałam i uważam zrzeszenie się pokrzywdzonych. W tym celu, dowiedziawszy się, że pan Stański podziela moje zdanie co do stosunków społecznych, na dziesięć dni przed zgromadzeniem poznałam się z nim i namówiłam, aby dopomógł mi do zrzeszenia urzędników. Wahał się, wątpił, ostatecznie się zgodził i wówczas zaproponowałam pokój naszego lokatora na naradę.
inspektor, słysząc, że dopiero przed dziesięciu dniami poznała Stańskiego, doszedł do przekonania, że kochankiem nie może być Stański, że Janina prawdę mówi. A więc ten socjalista jest jej kochankiem, rozumował, zajrzał do notatek dla przypomnienia nazwiska i rzekł:
- Czy może mi pani opowiedzieć przebieg narady tajnej?
- Jeśli pan inspektor wie o niej, niema celu powtarzanie, jeśli pan nie wie, ja nie mogę zdradzać cudzych tajemnic. O sobie wszystko powiem.
Inspektorowi podobała się ta odpowiedź i tak się rozczulił, że gotów był uwierzyć w jej niewinność, ale ten Florjan Wapieński?!
Po chwili namysłu, powtórzył więc jej przebieg narad według zeznań Berkholca, aż do chwili ukazania się Wapieńskiego, i spytał:
- Czy szczegóły prawdziwe?
- Tak jest - odpowiedziała głucho, zawstydzona i oburzona zdradą.
- Może pani opowie dalej?
- Poco?
- Kto to pan Wapieński? - rzucił nagle pytanie i patrzał bacznie.
- Nasz sublokator.
- Socjalista.
- Należy do partji.
- A pani zostaje pod jego wpływem?
- Czy to należy do protokółu? - uśmiechnęła się blado.
- Należy, bo my nie możemy ścierpieć w biurze przewrotnych dążeń i zapatrywań.
Janina po silnych wrażeniach czuła wyczerpanie, apatję. Wszak i tak stracę posadę, cóż mi teraz zależy na ich opinji - odpowiedziała więc spokojnie:
- Podzielam zapatrywania socjalistów.
- Dziękuję pani za szczerość - uśmiechnął się ironicznie.
- Jestem zawsze szczera z zasady.
- Ładna zasada, szkoda, że krótkotrwała u kobiet - uśmiechnął się, a widząc jej niecierpliwość, dodał: - dziękuję pani, protokół skończony. - Wstał z krzesła i ukłonił się uprzejmie.
Przeprowadził oczyma odchodzącą i szepnął: jaka ładna i ponętna! Zapalił papierosa i odpoczywając rozmyślał o Janinie. Głos ma dźwięczny, twarz wrażliwą, oczy pełne ognia, rękę małą i białą... a jaki charakter! co za szczerość... gdyby... gdyby ona go pokochała? Uśmiechnął się do tej myśli. Wstał i podszedł do wiszącego lustra. Bacznie przyjrzał się sobie... No, tak, młody nie jestem, ale i nie stary... Te wąsy są zbyt szpakowate... za wysokie czoło... ale czy kobiety patrzą na piękność mężczyzn?... Tę dziewczynę możnaby ująć dobrocią, szlachetnością... Jest córką wdowy, tam pewno bieda, nędza, a on dałby jej wyższą posadę, już przez samą wdzięczność mogłaby go pokochać.
Tylko ten Wapieński!? Czy jednak matka pozwoliłaby na romanse pod swoim bokiem?... Ale z biedy ludzie dopuszczają się różnych łajdactw, a zresztą jaka to klasa ludzi? Konduktorka!? Kto wie, jaką sama miała młodość? Może była pokojówką lub kucharką u którego z wyższych urzędników, i on, chcąc się jej pozbyć, wydał zamąż i zrobił go konduktorem!? Takie rzeczy bywają... Lecz jej zachowanie się pełne godności, szczerość, oburzenie, to przecież nie udanie, nie komedja. Kto wie, kto był jej ojcem, bo na córkę konduktora wcale nie wygląda, raczej na damę... I gdyby... gdyby... Nagle opamiętał się, że czas mija, zadzwonił i kazał zawołać Kudzyńskiego.
Wszedł przygnębiony i znękany. Już miał wiadomość, że inspektor wie o jego bytności u Traweckiej, o czem mu poszepnęła sama, i był przekonany, że kara go nie minie, a miał żonę i dzieci... Odpowiadał spokojnie, oschłe, zaprzeczył tylko agitacji wśród personelu służbowego, o co go podejrzywał inspektor.
Wreszcie zawołano Stańskiego, który wbrew oczekiwaniu inspektora, nie okazał się ani szorstkim, ani gwałtownym. Gdy inspektor zarzucił mu agitowanie z zaniedbaniem obowiązków służbowych, odparł niezmieszany:
- Pan inspektor zechce przejrzeć moje akta służbowe, nikt nigdy nie uskarżał się na mnie i obowiązki swoje pełnię sumiennie. Nie zaprzeczam, że z tym i owym z kolegów mówiłem o przykrych stosunkach służbowych, ale nie uprawiałem agitacji zawodowo.
- A jednak zgromadzenie było liczne - uśmiechnął się inspektor - nawet znalazł pan chętnych do deputacji.
- To tylko dowodzi, jak dalece czują wszyscy krzywdę, że jednej odezwy i kilku słów starczyło, aby się zebrali i powzięli uchwałę.
- Czy pan trwa w zamiarze założenia kasy? - spytał z miną niewinną.
- Naturalnie, ale niestety, nie zależy to tylko ode mnie.
- Hm... jeszcze jedno... dawno pan zna pannę Trawecką?
- Osobiście, bardzo niedawno.
- To dobrze... a czy z panem Wapieńskim łączy pana przyjaźń?
- Czy to należy do badań? - uśmiechnął się ironicznie - moje przyjaźni i nieprzyjaźni są rzeczą prywatną.
- Jak się panu podoba... ja stawiam z urzędu to pytanie.
- Poznałem pana Wapieńskiego na zebraniu kolejarzy, u panny Traweckiej.
Inspektor miał wielką ochotę spytać się o bliższe szczegóły stosunku pomiędzy Trawecką a Wapieńskim, ale powstrzymał go poważny spokój Stańskiego, a że zbliżała się trzecia godzina, rzekł suchym tonem do Stańskiego:
- Protokół skończony.

Dodaj komentarz