Kolejarze
Rozdział VIII
Zaledwie inspektor Lerche rozsiadł się na fotelu w swem biurze, w piątek rano, gdy zabrzmiał dzwonek telefoniczny.
Wstał zwolna, przystąpił do aparatu, przyłożył słuchawkę i nagle drgnął, poznawszy głos samego dyrektora. Słuchał i odpowiadał:
- Tak jest, panie hofracie, badanie skończone.
- Rozumiem, panie hofracie... jutro przed dwunastą przyniosę.
Złożył telefonowi głęboki ukłon, jak gdyby przed dyrektorem, odłożył słuchawkę i zaklął:
- Djabli z takim pośpiechem.
Znów usiadł za biurkiem, wyjął notatki z przesłuchiwania obwinionych, zapalił papierosa i rozmyślał kto w jaki sposób zawinił w tej sprawie.
Stański?... wina jego nie ulega wątpliwości, przyznał się do socjalizmu, pierwszy namawiał, organizował, wysłał deputację... tak jest, zawinił... To dziwne jednak, że on socjalista, a ubiera się dobrze, nie nosi czerwonej krawatki, długich włosów i zachowuje się poprawnie... ale bądź co bądź zawinił... a taki dobry, obowiązkowy urzędnik... Jeśli ja zaproponuję danie mu dymisji, dopiero socjaliści zaczną mnie szarpać, przenicują moją przeszłość, wywloką różne sprawy... trzeba odwlec wydalenie, bo czyż trudno znaleźć dostateczny powód do dania mu dymisji? Nic łatwiejszego, jeśli tylko się chce...
Ale ten Schilling, spojrzał gniewnie na jego akta osobiste, taki bezczelny impertynent, on śmiał drwić ze mnie w mojem biurze. "Wolny obywatel!?", no, no i "niech się pan nie obawia o moją posadę!" Dobrze, dam ja ci bobu, chybabym nie był inspektorem! Nauczę cię szacunku! Kudzyńskiego przeniesie się na przestrzeń... odechce mu się agitacji raz na zawsze.
Berkholc?... tego trzymam w ręku; łajdak, bo łajdak, zdradził przyjaciół na pierwsze wezwanie... hm... ale tacy bywają potrzebni, wszystko powiedzą, co się knuje w głowach podwładnych. Dałem słowo, muszę dotrzymać... ale kara za memorjał być musi, trzeba go przenieść do innego wydziału, i przetrzymać jakiś czas na miejscu bez awansu. Innych ukarze się lżej lub ciężej, stosownie do woli dyrektora, działali bowiem w dobrej wierze i pragnęli jedynie kasy.
No, a Trawecka?!
Ładna, bo ładna, ale ona najbardziej zawiniła. Ona była tą Ewą, która podała jabłko Adamowi-Stańskiemu - uśmiechnął się - a on, jak zwykle każdy Adam, przyjął to jabłko w dobrej wierze. Hm... no, i ja chciałbym być jej Adamem - rozmyślał inspektor. Jakie ona ma śliczne usta, i ten owal twarzy, a figura... wszystko w niej ładne... Co jednak z nią zrobić? Jeśli postąpi sprawiedliwie i wydali z kolei, przepadła dla niego raz na zawsze. Znienawidzi go i nigdy jej nie ujrzy. A szkoda jej, bo ładna, szczera, taki niezwykły charakter... Musi ją jednak ukarać, to trudno, sama przyznała się do wszystkiego, nawet nie zaparła się socjalizmu. Lecz z drugiej strony, ona taka młoda, takie dziecko, uległa chwilowo teorjom zgubnym. Czy nie należy być wyrozumiałym? Czy to po ludzku, za jeden błąd karać tak surowo? Poco ma brać na swe sumienie jej przyszłość? gdyż naprawdę, cóż ona pocznie, gdy straci miejsce?
Bieda, nędza, głód, to są źli doradcy... jeszcze pójdzie na złą drogę... nie, na to nie pozwala mu jego sumienie.
Tak, uwolni ją od kary... zostanie dalej manipulantką. Już się zdecydował, gdy przyszła mu myśl, iż skoro ona utrzyma się na posadzie, będzie romansowała z Wapieńskim, a taki romans jest wysoce niemoralny i ubliża godności urzędników dyrekcji... Trzeba tedy wydalić, westchnął głęboko, wpierw jednak zobaczy ją, może po raz ostatni. Zadzwonił i kazał woźnemu poprosić pannę Trawecką.
Szła pobladła, zmęczona, siląc się na spokój. Była przekonana, że inspektor wypowie jej miejsce, a przyszłość przedstawiała się jej w czarnych barwach. Zmartwienie i gniew matki, brak środków do życia, poszukiwanie pracy, namowy matki, aby wyszła za Łukę... wszystko to stanęło jej żywo przed oczyma.
Inspektor, gdy zobaczył ją pobladłą, z podkrążonemi oczyma, błyszczącemi gorączkowo, poczuł wielkie współczucie, gdyż wydała mu się piękniejszą aniżeli poprzednio.
- Proszę, siadaj pani - podsunął jej krzesło - chciałem jeszcze raz rozmówić się z panią i wierząc w jej szczerość, spodziewam się szczerych odpowiedzi... Czy zależy pani dużo na posadzie manipulantki?
- Bardzo... pensja, którą pobieram, jest nietylko mnie potrzebna, ale stanowi główny dochód mej matki i rodzeństwa.
- Ile rodzeństwa?
- Dwie siostry i brat.
- Otóż widzi pani - mówił, zapalając papierosa - pragnąłbym szczerze, aby pani nie straciła posady, lecz pani musi mi w tem pomóc, dobrze?
- Bardzo chętnie - zarumieniła się z uczucia radości.
- Panią, jako młodą, niedoświadczoną, obałamucono - uśmiechnął się życzliwie - i przejęła się pani hasłami socjalistycznemi, które nigdy się nie spełnią. Ufam pani, że skoro mi pani przyrzecze, dotrzyma pani napewno. Czy tak?
- Naturalnie.
- Więc zerwij pani z przewrotnemi zasadami socjalizmu i... z jego wyznawcami... Jeśli pani mi to przyrzeknie, wstawię się za panią u pana dyrektora i mam nadzieję, że nie straci pani posady.
Pierwszą myślą Janiny było stanowcze odrzucenie zrobionej propozycji. Ona miałaby się wyrzec swych zasad dla kawałka chleba, nie, nigdy... Ale co będzie, jak straci miejsce? Głód, nędza upokorzenia... a gdyby zgodzić się pozornie? - szepnęło uczucie samozachowawcze. Bez miejsca, bez pensji, nie będzie mogła pracować dla socjalizmu, gdyż zgnębi ją niedostatek. I czy nie jest jej obowiązkiem wywdzięczyć się matce za jej starania? A co zrobi jej rodzeństwo? Przecież to tak mało kosztuje powiedzieć słowo jedno. Już otwierała usta i znów się zawahała, wreszcie spytała cicho:
- Czy to konieczne, panie inspektorze?
- Warunek nieodzowny - rzekł twardo, przypisywał bowiem jej wahanie miłości ku Wapieńskiemu.
Janina milczała. Milsze ci przecież życie twoje i twoich od socjalizmu, szeptało w niej coś, zresztą w głębi duszy nie zmienisz się, więc wyrzeknij się. Już miała powiedzieć, lecz jakiś dziwny, nieprzeparty wstyd zdławił słowa. Za kawałek chleba zaprzesz się siebie, swych zasad i czy może być lepiej na świecie, czy spełnią się żądania socjalistów, gdy wszyscy wyrzekną się zasad swych dla chleba!? Poprawiła się na krześle i rzekła,zaczerwieniona:
- Pan inspektor żąda niemożliwości. Straciłabym szacunek dla siebie samej, gdyż sprzedałabym siebie za posadę, a przecież tego nikt nie może żądać ode mnie.
Znów ognie uderzyły na przybladłą jej twarz, co niemal zachwyciło inspektora i w duchu zgodził się, przynajmniej narazie, na jej zasady, ale ten Wapieński!? - zmarszczywszy więc brwi, powiedział:
- Chciałem pomóc pani, lecz pani sama odtrąca rękę pomocną... zatem nie?
- Nie mogę - odrzekła z wysiłkiem.
- Kiedy nie, to nie - powiedział gniewnie - i skinął głową na znak pożegnania.
*
Janina przyszedłszy do domu po ostatniem przesłuchaniu u inspektora, nie miała już żadnej wątpliwości, że posadę utraci. Cichą i zgnębiona przywitała się z matką, poszła w milczeniu do kuchni, aby zjeść obiad. Nabrała na talerz postnego barszczu i jadła w gorzkiem rozmyślaniu, że wkrótce zabraknie nawet takiego posiłku.
- Janinko, czy wzięłaś kartofli do barszczu? - spytała matka z pokoju.
- Nie wiedziałam, że są... biorę, mamo.
- A makaron z powidłami jest w piecyku.
- Dziękuję mamie.
W czasie tego skromnego obiadu namyślała się, czy ma powiedzieć matce o możliwem utraceniu posady teraz, czy też po spełnionym fakcie. Matka prędzej czy później musi się dowiedzieć. Gdy nagle uwiadomi ją o swem uwolnieniu, będzie to piorunem z jasnego nieba. Może lepiej będzie przygotować ją zwolna, stopniowo. Wprawdzie nie czuła się na siłach do cierpliwego zniesienia narzekań, wymówek, żalów matki, ale lepiej wcześniej, niż później.
- Cóżeś taka chmurna? - spytała matka, gdy Janina usiadła obok niej na krześle.
- Mam złe wiadomości...
- Czy urzędowe? - zawołała zaniepokojona - bo widzę po tobie, że cię bardzo dotknęło.
- Tak mamo.
- Nie marudź i mów.
- Przypomina sobie mama nasze zgromadzenie w sprawie kasy.
- Wiem... wiem, cóż dalej?
- Dyrekcja kolejowa wzięła nam to za złe...
- Widzisz ją - oburzyła się matka - a cóż to nowego? Nie wolno nam zakładać kasy kolejarskiej, czy my niewolnicy!?
- Zaczęły się dochodzenia, protokóły, badania... Ja należałam i jeszcze jedna manipulantka... otóż dziś byłam znów przesłuchiwana... zagrożono mi dymisją.
- A to niesłychane rzeczy! Tobie dymisję, a z czegóż bedziemy żyć!? Nie, to niemożliwe, pójdę sama do nich, do dyrektora, będę prosiła, błagała - mówiła poprzez łzy - toż poginiemy z głodu, jeśli utracisz posadę - i rozpłakała się.
- Niechże mama się uspokoi - całowała jej spracowane ręce - zarobię przecież, nie tu, to gdzieindziej.
- A może to tylko groźby, Janinko... Opowiedz mi... może jeszcze znajdzie się ratunek.
Janina pod pierwszem wrażeniem żalu zaczęła mówić:
- Inspektor żądał dzisiaj ode mnie... - lecz spojrzawszy na matkę uczuła, że ona jej nie zrozumie a chcąc zyskać na czasie - otóż żądał... kiedy mi trudno powiedzieć...
- Żądał, abyś była jego kochanką! - zawołała matka gwałtownie - a łajdak... znam ja ich dobrze... pójdę do dyrektora.
Janina zaczerwieniona rzekła porywczo:
- Jak mama może nawet przypuszczać, ażeby mi on lub ktokolwiek zrobił podobną propozycję!? Nie, mamo, to niemożliwe.
- Więc czego żądał?
- Ażebym się wyparła tego że brałam udział w zapoczątkowaniu kasy, w zwołaniu zgromadzenia... i przyrzekła, że coś podobnego już się nie powtórzy.
Zdawało się Janinie, że matka zrozumie i odczuje, iż ona nie mogła skłamać, lecz matka otarłszy łzy, spojrzała w jej oczy surowo i hamując swój gniew:
- Żądał takiej drobnostki - zawołała - i ty śmiałaś odmówić!? Ty!?
- Ależ mamo, nie mogłam przecież kłamać... setki ludzi mnie widziało i słyszało, co oni pomyśleliby o mnie?
- Czy ich głupia opinja da ci kawałek chleba - rzekła drwiąco - i powiadam ci, jeśli chcesz, ażebym żyła, ażebym cię nie wyklęła, to jutro pójdziesz do inspektora, przeprosisz go i zrobisz, czego żąda. Od tego nie odstąpię, rozumiesz?
- Mamo, to niemożliwe... raz powiedziałam i już przepadło.
- Głupia jesteś - krzyknęła z gniewem - zrobisz, co każę, a nie, to ja pójdę z tobą i wytłómaczę mu wszystko.
- To na nic, mamo... Sam inspektor mi mówił, że już zapadła klamka... pewno był już u dyrektora.
- To nic nie znaczy, pójdę i do dyrektora, tu przecież idzie o nasze życie... nie mogę pozwolić na twoje fantazje.
- Ostatecznie, mamo, to jeszcze nic pewnego... inspektor mówił, że może stracę moją posadę, a bardzo być może, że dyrektor naznaczy mi tylko karę pieniężną.
- Widzisz ją, jaka mi tu pani - powiedziała matka z przekąsem - ani grosza nie zapłacę! Rozumiesz, ani grosza. Sama pójdę i ty musisz robić, co każę - kończyła twardym głosem.
- Jeśli mama pójdzie, ja przestaję chodzić do biura - powiedziała zaczerwieniona.
- Tak? Otóż doczekałam się pociechy - rozpłakała się na dobre - to nato cię karmiłam, wychowałam... Jeśli już nad sobą nie masz litości, to ulituj się matki i dzieci. Chcesz, padnę ci do nóg - poruszyła się na krześle.
- Ależ, mamo! co mama robi! Przecież nie otrzymałam jeszcze dymisji... nas było przeszło sto pięćdziesiąt kolejarzy... wszystkim nie dadzą dymisji... Ot grożą, straszą, aby na drugi raz nie chcieli się gromadzić.
- Więc dlaczego mnie tak przerażasz - płakała cichemi łzami - wiesz, ile mam zmartwień, a ty mi dodajesz! Nie masz litości nade mną!
- Chciałam zwierzyć się mamie z mego niepokoju - tłómaczyła się - komuż mam powiedzieć?
- Ach, gdybyś ty już raz zamąż wyszła, skończyłoby się z tą utrapioną koleją.
- Jakoś to się ułoży mamo, czy świat kończy się na kolei? Mogę być kasjerką w sklepie...
- I dużo zarobisz?... Może piętnaście, może dwadzieścia koron i czy wyżyjemy z tego?
- Poradzimy sobie, mamo - uśmiechnęła się.
- Łatwo ci mówić, ale ja mam was czworo na głowie - westchnęła.

Dodaj komentarz