Przygoda w wagonie
Humoreska
Było to w tym czasie, kiedy sto reńskich stanowiło dla galicyjskiego literata, a specjalnie dla mnie, ogromny majątek. Właśnie taką sumę odebrałem we Lwowie od mego wydawcy i miałem ją przewieźć do Krakowa, gdzie na nią z upragnieniem czekali: właściciel kamienicy, w której mieszkałem, krawiec, który przyodziewał nagość moją, dwóch fabrykantów obuwia męskiego, którzy się wtedy jeszcze po prostu szewcami nazywali, i praczka moja, nic a nic nie podobna do madame Sans-Gêne, bo co tydzień nachodziła mnie w moim mieszkaniu wcale nie w zamiarze zostawienia tam swojej cnoty, jeno dla wyduszenia ode mnie paru mizernych reńskich, jakie jej się należały za pranie.
A że właśnie w tym czasie dzienniki szeroko rozpisywały się o rozmaitych mordach, dokonywanych na kolejach w celu rabunku, o usypianiu podróżnych chloroformem dla łatwiejszego ograbiania ich, więc byłem w niemałym kłopocie, w jaki sposób przewieźć taki skarb ze sobą.
Gdybym był politycznie podejrzaną osobą, jakim emisariuszem lub socjalistą, nietrudno by mi było dostać na drogę anioła stróża w postaci uzbrojonego żandarma, który by mnie na koszt rządu odstawił na miejsce urodzenia, a tym samym zabezpieczył mój majątek od wszelkich ataków kolejowych raubritterów, lecz że byłem człowiekiem spokojnym, lojalnym, do żadnych spisków nigdy nie należałem ani też nie domagałem się nigdy zniżenia godzin pracy, więc musiałem sam pomyśleć o zabezpieczeniu mojej własności.
Szło mi przede wszystkim o należyte jej ukrycie. Pugilares nie wydawał mi się dosyć bezpiecznym schowaniem.
- Przyjdzie - myślałem sobie - taki pan, socjalista od rabowania, przyłoży mi lufę rewolwerową do czoła i łap od razu za pugilares - i to, na co ja pracowałem mozolnie parę miesięcy, on sobie w jednej chwili bez trudności zabierze.
Za gors schować albo w węzełku od chustki, jak to praktykują przekupki i baby wiejskie, także mi się dość niebezpiecznym wydawało.
Na szczęście miałem przy sobie list miłosny (robię uwagę, że to było jeszcze za moich kawalerskich czasów) i pomyślałem sobie: w liście miłosnym nie przyjdzie do głowy takiemu drabowi szukać pieniędzy, bo zwykle w takim liście można znaleźć dużo wykrzykników, kropek domyślnikowych, błędów ortograficznych i gramatycznych, wreszcie śladów łez i kleksów atramentowych, ale nigdy pieniędzy.
Umieściłem tedy mój majątek w kopercie listu miłosnego, zmiąłem nieco w ręce i niby jako niepotrzebny papierek wsadziłem do kieszeni.
Nie był to wcale mój oryginalny pomysł. Pożyczyłem go sobie od francuskiego komediopisarza, bardzo modnego i sławnego w tym czasie, kiedy ludzkość nic jeszcze o Ibsenie nie słyszała, pana Wiktora Sardou (patrz Ćwiartka papieru - akt drugi, scena czwarta czy piąta). Widzicie, panowie, że przyznaję się otwarcie do tego, nie idąc wcale za przykładem wielu kolegów moich po piórze, którzy bez ceremonii pożyczają sobie podobnych pomysłów od innych autorów, nie przyznając się wcale do tego.
Mówię to dlatego, aby na przypadek gdyby któremu z panów przyszła kiedy ochota pisania mojej biografii, to moje szczere przyznanie się do kradzieży literackiej był łaskaw zapisać mi w rubryce moich aktywów.
Ale wracajmy do rzeczy.
Z ukrytym tedy w bileciku miłosnym skarbem moim umieściłem się w wagonie drugiej klasy - rozumie się, za frejkartą - i wyruszyłem ze Lwowa.
Podróż moja z początku odbywała się bez żadnych przygód. Jechałem sobie, dzięki uprzejmości konduktora, w osobnym coupé, zamknięty szczelnie; nie miałem więc żadnego powodu do obawy.
Raz tylko na jednej stacji jakaś stara pani zapędziła się do mego wagonu, zajrzała przez otwarte chwilowo drzwiczki i zapytała wysokim dyszkantem:
- Bitt' Sie, ist das für Damen?
- Nein, das ist für Herren - odpowiedziałem szybko, żeby się jej pozbyć co prędzej, i zatrzasnąłem drzwiczki. Zasłoniłem zieloną umbrelką lampę, usadowiłem się wygodnie w kącie, otuliłem w futro - i niezadługo usnąłem.
Ale wystraszona dziennikarskimi wiadomościami imaginacja moja i we śnie nie dala mi spokoju i zamiast hurysek, hesperyjskich ogrodów albo wreszcie Pięknej Heleny - przyśnił mi się Powrót taty, i to nie w tym miejscu, gdzie mowa o mamie, o ciotuni, o rodzynkach w koszyku, tylko od razu zaczął się mój sen od zbójców dwunastu.
Czy ich było akurat dwunastu, nie mógłbym na to przysiąc, bo gdzie mnie tam była wtedy arytmetyka w głowie; ale to pamiętam dobrze, że mieli wszyscy ściśle podług Mickiewicza i brody długie, i kręcone wąsiska, i wzrok dziki, i suknie plugawe, nawet bardzo plugawe, no, i co najważniejsze - noże za pasem, a tu ja na nieszczęście nie miałem wtedy jeszcze dziatek, których paciorki mogłyby mi dać jaką taką nadzieję, że ujdę cało, podobnie jak ów kupiec balladowy, z tej strasznej afery, i czekałem w śmiertelnej trwodze, rychłoli starszy zbójca strzaska pierwszy pałkę na mej nieszczęśliwej głowie.
Na szczęście odezwał się dzwonek na stacji i konduktor, głosem pożyczonym chyba od którego ze zbójców z ballady, krzyknął:
- Stacja Czarrrna (przez kilkanaście r), pięć minut zatrzymania - i równocześnie otworzyły się drzwiczki i do wagonu wpadł niby huragan jakiś duży jegomość z małym kuferkiem w ręku, w filcowych butach, futrzanej kurtce, której stojący kołnierz zasłaniał mu twarz po same oczy.
Ach, te oczy. Kiedy spojrzał nimi w stronę, gdzie siedziałem, przypomnieli mi się od razu zbójcy, których co dopiero we śnie widziałem, i przyszło mi zaraz na myśl, czyby nie dobrze było poprosić konduktora, żeby mnie przesadził do innego wagonu. Ale zanim miałem czas zdobyć się na to, straszny ów jegomość zatrzasnął drzwi i na dobitek jeszcze zapowiedział konduktorowi, żeby tu już nikogo więcej nie wpuszczał.
- Masz, babo, kaftan - pomyślałem sobie - chce zostać ze mną sam na sam.
I ogarnęła mnie śmiertelna trwoga. Ci panowie, którzy mieli sposobność czytać Homera, nie wezmą mi z pewnością za złe tego szczerego przyznania się do strachu, bo jeżeli taki bohater, jak Hektor, uczuł duszę na ramieniu na widok groźnego Achillesa i nie wstydził się dać drapaka, to cóż tu dziwić się mizernemu literatowi, którego w szkołach wcale na odważnego nie uczono.
Kiedy trwoga, to do Boga, więc i ja w tej strasznej chwili poleciłem się gorąco opiece mego patrona, św. Michała, któremu jako uzbrojonemu w miecz ognisty, łatwiej było obronić mię niż innemu jakiemu świętemu, nie posiadającemu żadnej broni, a oprócz tego wydobyłem w sekrecie z kieszeni scyzoryk, najzwyczajniejszy studencki scyzoryk. Było to ogromnie mało przeciw takiemu Goliatowi; ale zawsze jaka taka obrona.
Otworzyłem więc po cichu największe ostrze, otuliłem się futrem niby tarczą ochronną i czekałem, co dalej będzie.
Goliat wyjął najpierw chustkę niby dla utarcia nosa i rzeczywiście zatrąbił na nim, nie przymierzając, jak Wojski w Panu Tadeuszu na swoim rogu, ale równocześnie poczułem w powietrzu silny, narkotyczny zapach, coś jak perfumy, woda kolońska lub coś podobnego.
- Chce mnie najprzód zachloroformować - pomyślałem sobie i żeby udaremnić to jego usiłowanie, wcisnąłem nos, jak tylko mogłem najgłębiej, w moje futro, żeby jak najmniej wdychać w siebie tego zdradliwego narkotyku.
Potem wstał, odchylił umbrelkę z lampy i rzucił badawcze spojrzenie w stronę, gdzie siedziałem. Chciał widocznie rozpatrzyć się lepiej w sytuacji, żeby mu było tym łatwiej rzucić się na mnie.
Więc ja znowu wysłałem gorące westchnienie do mego patrona i ścisnąłem silnie scyzoryk w ręce, gotując się do obrony. Przede wszystkim szukałem oczami miejsca, w które najskuteczniej będzie można go uderzyć. Po krótkim namyśle wybrałem oczy, przypomniawszy sobie Ulisesa, który w ten sposób ubezwładnił olbrzymiego cyklopa i uszedł szczęśliwie śmierci.
Ale Ulises miał te szanse, że za jego czasów nie znano jeszcze rewolwerów, a tymczasem mój Polifem ku wielkiemu memu przerażeniu wydobył w tej chwili z podróżnego kuferka swego błyszczący, sześciostrzałowy rewolwer.
Wobec tego mój mizerny scyzoryk okazał się zupełnie bezużytecznym narzędziem, bo jeżeli mogłem mieć przedtem jeszcze jaką taką nadzieję wykłucia nim oczu mego przeciwnika, to z sześcioma strasznymi oczami rewolweru uczynić to samo było czystym niepodobieństwem. Wykluję przypuśćmy jedno, dwa, przypuśćmy trzy, to jeszcze reszta aż nadto wystarczy do wyekspediowania mnie na łono Abrahama.
Żałowałem teraz, że listy miłosne bywają tak małych rozmiarów, że nie mogłem schować siebie tak, jak schowałem moje pieniądze przed wzrokiem, tego strasznego rozbójnika, który podczas gdy ja umierałem ze strachu, odciągał z najzimniejszą krwią kurek rewolweru.
Zamknąłem oczy, żeby nie widzieć zbliżającej się śmierci, i zacząłem odmawiać różne modlitwy stosowne do okoliczności, mieszając bezładnie jedną z drugą.
W tej rozpaczliwej chwili przyszła mi na myśl ciekawa refleksja: za co my właściwie płacimy podatki na policję i inne organy bezpieczeństwa publicznego, kiedy te nie są w stanie obronić nas z góry przed grożącym nam zamachem.
- I cóż mi z tego przyjdzie - pomyślałem sobie - że potem jaki pan Swolkien albo inny Lecoque galicyjski wytropi tego zbrodniarza i odda go sądom, a sądy skarzą go potem na karę śmierci przez powieszenie, kiedy stu nawet takich wisielców nie zwróci mi jednego mojego życia.
Robiąc te refleksje na temat c. k. policji, byłem przekonany, że ich nie będę mógł dokończyć już na tym padole płaczu, że lada chwila strzał rewolwerowy przetnie ich wątek. Tymczasem, ku wielkiemu memu zdziwieniu zbrodniarz nie strzelał. Co prawda, to miał jeszcze dosyć czasu do tego, bo przestrzeń między Czarną a Tarnowem jest tak duża, że mógł sobie całkiem wygodnie nie tylko zabić mnie, ale pokrajać na kawałeczki, ugotować albo upiec według upodobania i zjeść w dodatku, a potem to wszystko popić w Tarnowie kilkoma bombami pilznera. Ale Tarnów był już blisko, lokomotywa potężnym gwizdem zaanonsowała mu już swoje przybycie, światła domków przelatywały za szybami okien wagonu jak gwiazdy spadające, a mój zbrodniarz jak nie strzelał, tak nie strzelał. Ale dlaczego? Czyżby uląkł się czego? Albo może domyślił się we mnie literata i osądził, że nie warto łakomić się na tak mizerną zdobycz? Bądź co bądź nie miałem wcale ochoty narażać się w dalszym ciągu na takie śmiertelne poty i obawy, jakie przebyłem, i jak tylko stanęliśmy na stacji, rzuciłem się co prędzej do okna, przy którym siedział ów straszny człowiek z rewolwerem, aby zawołać konduktora. On także zerwał się na równe nogi i wymierzywszy rewolwer prosto w moją głowę, zawołał:
- Nie zbliżaj się, bo strzelę.
W tej chwili światło latarni z peronu oświeciło twarz jego i ze zdziwieniem poznałem w nim kolegę szkolnego. I on także musiał mnie poznać, bo równocześnie wypadły nam z ust imiona:
- Zygmunt!
- Michał!
- A bodaj cię, a toś mi strachu napędził - rzekł on.
- A ty mnie - odrzekłem.
- Ja całą drogę trzymałem w pogotowiu rewolwer z odwiedzionym kurkiem.
- A ja ten scyzoryk - rzekłem wyjmując moją niewinną broń spod futra. - Ale bo widzisz - dodałem na usprawiedliwienie - ja wiozę ze sobą trochę pieniędzy zarobionych za powieść, coś około trzechset reńskich. Zblagowałem troszkę, aby mu dać lepsze wyobrażenie o moich dochodach literackich.
- A ja - rzekł Zygmunt - mam przy sobie resztę posagu żony, który mi ostatecznie wypłaciła rodzina. A że naczytałem się teraz tyle w gazetach o różnych mordach, kradzieżach na kolei...
- Więc wziąłeś mnie za rozbójnika.
- A tak.
- A ja ciebie.
Odtąd już wesoło i bez obawy odbywaliśmy dalszą drogę, skracając sobie czas miłą rozmową, z której pokazało się, że mój kolega nierównie lepszy zrobił interes na żonie niż ja na mojej literaturze, bo podczas gdy ja za całą tomową powieść wziąłem zaledwie mizernych sto "blatów", on za jeden artykuł dedykowany żonie, a zaczynający się od słów: "Ja, Zygmunt, biorę sobie ciebie, którą tu przytomną przed sobą widzę, za małżonkę" - dostał okrągłych piętnaście tysięcy.

Dodaj komentarz